Gość specjalny doktor Radosław Sikora VII/2019

Podchodząc bardzo poważnie do swej misji dziennikarza-blogera, podtrzymując formę bloga jako zarejestrowanego tytułu prasowego (miesięcznika), poprosiłem o spotkanie jakże słynnego w gronie miłośników historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów i staropolskiej wojskowości doktora Radosława Sikorę, autora wielu ciekawych publikacji, w tym najnowszej z nich pt. „Husaria. Duma polskiego oręża”. Jakże wielką radość sprawił mi pan doktor odpowiadając pozytywnie na me zapytanie. Wstępnie myślałem o udostępnieniu wywiadu w formie wideo lub audio, jednakoż warunki na szybko zaaranżowanego spotkania sprawiły, że najodpowiedniejsza okazała pisemna relacja z naszej rozmowy. Pierwsza odsłona wywiadu skupia się na temacie rocznicy bitwy pod Kłuszynem oraz wojny polsko-rosyjskiej lat 1609-1618 zakończonej rozejmem w Dywilnie, który wszedł w życie w 1619 roku, zaś w następnych wpisach zamierzam opublikować dalsze części wywiadu dotykające kwestii społeczno-politycznych dawnej Rzeczypospolitej, w tym roli stanu szlacheckiego oraz dyskusja na temat Kozaków i wpływu kwestii kozackiej na dzieje kraju naszych przodków.

W lipcowym numerze załączam także krótkie post scriptum do filmów o konnym łucznictwie, w którym rozmawiam z młodym miłośnikiem jeździectwa i łucznictwa Pawłem Danowskim. Tacy młodzieńcy jak Paweł dobrze rokują na przyszłość. Publikując nasz krótki wywiad pragnę okazać podziw dla zamiłowania Pawła do jakże wymagającego i niosącego ryzyko kontuzji jeździectwa. Niech będzie on przykładem dla swych rówieśników jak można spożytkować swe młodzieńcze lata.

Nie przedłużając, niniejszym zapraszam do lektury wywiadu z doktorem Radosławem Sikorą.

Kamil Nowak DzikiePola.com: Spotykamy się dzisiaj z doktorem Radosławem Sikorą, w dniu 4 lipca 2019 r., czyli w 409. rocznicę słynnej bitwy pod Kłuszynem. Czy to ważna rocznica panie doktorze, czy warto o niej pamiętać, czego możemy się nauczyć przy okazji tej rocznicy?

Doktor Radosław Sikora: Dla mnie to bardzo ważna rocznica, napisałem wszakże książkę na ten temat. Warto o tej bitwie pamiętać, ponieważ była to jedna z najciekawszych bitew w historii Polski, zwycięska bitwa o dużej doniosłości, po której Polacy wkroczyli do Moskwy. Polski królewicz Władysław Waza został obrany władcą Moskali zwanym u nas wielkim księciem moskiewskim, a w Moskwie carem. Przez dwa lata byliśmy w Moskwie. Generalnie wojnę, która zaczęła się w 1609 roku wygraliśmy, a zatem krótko mówiąc same sukcesy, warto więc o takich rzeczach pamiętać.

KN: Jak to się stało, że taka mała grupa ludzi potrafi zdominować tak wielką terytorialnie Rosję, a dwa lata później potem przegrywa? Czy to problem pychy zdobywców, czy brak jasnego politycznego planu na zagospodarowanie zajęcia Moskwy? Ja zawsze odbierałem niepowodzenie trwałego osadzenia Władysława Wazy i związania unią Rosji jako porażkę polskiej polityki zagranicznej na wschodzie, dlaczego pańskim zdaniem to się nie udało?

RS: Od razu sprostuję, że tam nie było porażki panie redaktorze. Zajęcie Moskwy to był tak właściwie efekt niezamierzony. Zamierzonym efektem było zdobycie Smoleńska i ziem utraconych przez Wielkie Księstwo Litewskie w 1514 roku, a to się w pełni udało. Odzyskaliśmy Smoleńsk i ziemie wokół niego o powierzchni około 75 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli tyle co niemal jedna czwarta terytorium dzisiejszej Polski! A że niejako „mimochodem” zdobyliśmy sobie Moskwę, przy okazji królewicz Władysław Waza został obrany tymże naszym wielkim księciem moskiewskim, to taki „bonusik”.

KN: Teraz rozumiem, czyli nie było celem tej wojny zdobycie władzy w Moskwie.

RS: Wyjaśnię z czego w ogóle ta wojna się wzięła. Wbrew wcześniejszym układom i porozumieniom z Wielkim Księstwem Moskiewskim, władca Moskwy Wasyl Szujski zawarł ze Szwedami porozumienie skierowanem ostrzem w naszą Rzeczpospolitą. Jako państwo poważne zareagowaliśmy na to odpowiednio. Zygmunt III Waza król polski i wielki książę litewski zebrał armię, ruszył na Wschód, a jego celem podstawowym było odzyskanie ziem utraconych prawie sto lat wcześniej oraz rozerwanie tego sojuszu moskiewsko-szwedzkiego i to wszystko się udało.

KN: Jak zatem doszło do zdobycia Moskwy?

RS: To wyniknęło z tego, że Moskwicini tudzież Moskwa (trochę później weszła do użytku wersja „Moskal”, a nie nazywaliśmy ich też jeszcze wtedy mianem „Rosjan”) zaczęli gromadzić armię, która miała pójść na odsiecz Smoleńskowi. Armia ta wyszła z Moskwy idąc przez Możajsk w kierunku Smoleńska. Żeby nie czekać na nadchodzącą z odsieczą wrogą armię, Zygmunt III wysłał jej na spotkanie armię pod dowództwem hetmana polnego Stanisława Żółkiewskiego. Tak skutecznie się spotkali, że ich pobili, rozbili i przejęli wojska cudzoziemskie walczące po stronie Moskwicinów, a potem razem z nimi wparadowali do Moskwy.

KN: Czyli rzeczywiście „przypadkiem” lub raczej „przy okazji” wpadła ta Moskwa w ręce Polaków. Czy nie było zatem jakiejś szansy na wypracowanie planu zagospodarowania tak spektakularnego sukcesu jak zdobycie stolicy przeciwnika i obranie królewicza polskiego władcą państwa moskiewskiego?

RS: Nie to było celem gdy zaczynała się ta wojna. Hetman Żółkiewski co prawda dogadywał się z moskiewskimi bojarami, to bojarzy nas do tej Moskwy wpuścili, to nie tak, że musieliśmy ją zdobywać siłą. Oczywiście nie wpuściliby nas gdyby nie to, że wcześniej przegrali w polu. Przegrana bitwa spowodowała, że nabrali chęci do rozmowy z nami. Dogadali się z Żółkiewskim na tej zasadzie, że Władysław Waza zostaje ich carem, tylko że w tym porozumieniu był jeden taki punkcik, o który to wszystko się rozbiło, a mianowicie Władysław Waza miałby porzucić katolicyzm i przyjąć wyznanie prawosławne. Warunek ten Żółkiewski zaakceptował bez porozumienia z królem – co trzeba mocno podkreślić, a ten warunek mocno nie podobał się monarsze. Z drugiej strony trzeba też zrozumieć Zygmunta III Wazę, gdyż jego syn Władysław miał wówczas dopiero piętnaście lat. Taki młodzieniec bez doświadczenia politycznego, w zupełnie obcym państwie, gdzie władców często po prostu mordowano w toku politycznych intryg, długo by w Moskwie zapewne nie porządził. Król Zygmunt III słusznie bał się o swego syna, a do tego dochodziły te niekonsultowane z nim warunki porozumienia, w szczególności ten wspomniany głoszący, że Władysław miałby porzucić wiarę jedyną, świętą, katolicką. Nie może zatem dziwić, że król swego syna do Moskwy nie wysłał. Kiedy Władysław Waza do Moskwy nie przyjechał, a Żółkiewski opuścił Moskwę po mniej więcej miesiącu od wkroczenia do niej, zaczęły się w Moskwie dziać różne dziwne rzeczy… Polska załoga zaczęła tam „troszkę” bardziej dokazywać, co zostało przez lokalną propagadnę bardzo mocno rozdmuchane, a zwłaszcza przez miejscowego patriarchę. Zaczęto wówczas organizować opór w dużej części państwa moskiewskiego poza zasięgiem polskiej władzy. Najpierw jedno opołoczenie, czyli po polsku pospolite ruszenie, podeszło pod Moskwę i choć jemu się nie udało, to następnemu już tak i po dwóch latach nas stamtąd wyrzucili.

KN: Czy nie można zatem było znowu rozbić tych moskiewskich wojsk w polu tak jak pod Kłuszynem?

RS: No tym razem mieliśmy trochę pecha. Hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, który w 1612 roku próbował przyjść z odsieczą polsko-litewskiej załodze Moskwy tym razem przegrał, trochę zrządzeniem przypadku.

KN: Czy porażka tej odsieczy nie wynikała z nieopłacenia wojsk?

RS: To był stały problem Rzeczypospolitej w tamtym okresie, takie tło epoki, ten czynnik niczym nowym nie był.

KN: Czyli zatem nasza szlachta nie była aż tak zmotywowana do walki za Polskę, by iść na zagraniczne kampanie wojenne i zdobyć Moskwę dla polsko-litewskiej monarchii z pobudek patriotycznych nie bacząc na pienądze?

RS: Zacznijmy od tego, że oni o Polskę to raczej nie walczyli w Moskwie. Oni walczyli dla własnych korzyści. Polska była daleko, to nie była obrona polskiej ziemi. To nawet nie było odzyskiwanie polskiej, czy litewskiej ziemi. Smoleńsk jak już go odzyskaliśmy, został przyłączony do Wielkiego Księstwa Litewskiego, które go utraciło w 1514 roku. Powiedzmy też sobie szczerze: Zygmunt III idąc na tę wojnę nie uzyskał zgody Sejmu, który choć się nie sprzeciwił, zgody także swej nie dał. A brak zgody Sejmu oznaczał brak pieniędzy na wojnę, więc król zaczął tę wojnę od razu z wielkimi długami. W trakcie tej wojny zaczęto obiecywać wojskom – zaciężnym wojskom polskim, które wcześniej walczyły w Wielkim Księstwie Moskiewskim podczas dymitriad w wojskach władców nazwanych później pierwszym i drugim Dymitrem Samozwańcem. To byli zwykli żołdacy, którzy robili to dla pieniędzy, więc przeciągano ich na stronę Zygmunta III Wazy obiecując im zapłatę, w tym także pokrycie zobowiązań jakie wobec nich zaciągnęli wcześniej ci Dymitrowie. Długi narastały błyskawicznie, aż w pewnym momencie doszło do serii konfederacji. Żołnierze stwierdzili „dobra, jesteśmy tutaj już te cztery, a nawet pięć lat prawie, czas by ktoś zaczął nam za to płacić”. Wówczas trzeba było zwołać Sejm, zorganizować pieniądze, co się w końcu udało, ale te konfederacje zdążyły już mocno wygasić działania wojenne po 1614 roku. Tak czy siak, całą wojnę wygraliśmy, bo po trzyletnim okresie marazmu wyruszyła jeszcze druga wyprawa na czele z Władysławem Wazą po obiecany mu moskiewski tron – Moskale przysięgali przecież polskiemu królewiczowi wierność i posłuszeństwo. Władysław Waza wyruszył ze swymi wojskami w 1617 roku, by w 1618 dotrzeć pod Moskwę, choć tym razem, z powodu zdrady kilku żołnierzy, którzy zdezerterowali i przeszli na stronę przeciwnika ostrzegając oblężonych Moskali o planowanym szturmie, nie udało się jej zdobyć

KN: Kto był tym zdrajcą?

RS: Było to kilku żołnierzy cudzoziemskich. Tak czy owak, doszło w końcu do ugody, bo Moskalom też już wtedy było ciężko, woleli się porozumieć z nami niż toczyć tę wojnę w nieskończoność, zwłaszcza, że im pustoszyliśmy po raz kolejny państwo.

KN: Dziękuję panie doktorze. Mamy już zatem generalny obraz tamtego konfliktu. Pewien mój kompan z grona historycznych rekonstruktorów, miłośnik tematyki litewskiej i białoruskiej, poprosił bym zapytał jakie były propocje udziału wojsk z Korony Polskiej i z Wielkiego Księstwa Litewskiego w wojnie polsko-rosyjskiej 1609-1618.

RS: Zależy od etapu tej wojny. Gdy się wszystko zaczynało więcej trochę było Polaków. W armii Żółkiewskiego, który ruszył w stronę Kłuszyna byli generalnie Koroniarze, sprawdziłem to co do chorągwi. Tam chorągwi litewskich w ogóle nie było, ale później do samej Moskwy przyszedł Gosiewski z Litwinami, tak że wszystko zależy od konkretnego etapu wojny i tego co rozpatrujemy – czy pod Smoleńskiem, czy w samej Moskwie, czy jeszcze gdzie indziej.

KN: Dziękuję bardzo. Teraz pozwoli pan doktor, że jako redaktor bloga o nazwie nomen omen „Dzikie Pola” zapytam o rolę tej specyficznej, żyjącej na pograniczu państw i kontestującej feudalny ład społeczno-ekonomiczny, społeczności Kozaków w omawianej przez nas wojnie.

RS: W omawianej wojnie z lat 1609-1618 udział brało sporo Kozaków. Na przykład w szturmie Moskwy w 1618 roku uczestniczyło około 20 tysięcy Kozaków, czyli więcej niż liczyła armia polska pod murami oblężonego miasta, a zatem udział ten był wtedy znaczący. Mimo, że jak mówiłem wcześniej choć szturm się nie udał, to sama obecność Kozaków, to że chodzili oni po państwie moskiewskim wzdłuż i wszerz pustosząc je i plądrując, też miała duże znaczenie, bo po prostu skłaniało to Moskali do szukania porozumienia z polskim królem.

Wcześniej było różnie, od początku wojny Kozacy byli obecni na terytorium państwa moskiewskiego w sporych liczbach, buszowali po jego terytorium, choć nie zawsze działając na korzyść Zygmunta III. W kampanii kłuszyńskiej brało ich udział kilka tysięcy, a choć pod samym Kłuszynem było ich tylko 400 – Kozaków z okolic Pochrebyszcza, zwanych stąd pochrebiszczanami, to byli też Kozacy pod Carowym Zajmiszczem, gdzie zostawiliśmy korpus blokujący armię moskiewską, w którym obecnych było kilka tysięcy Kozaków. Tak że Kozacy oddali spore zasługi podczas tej wojny.

KN: Dziękuję panie doktorze za te odpowiedzi. W dalszej części rozmowy chciałbym przejść do kwestii bardziej ogólnych dotyczących nie tylko wojskowości, ale także zagadnień społeczno-gospodarczych, pozycji w państwie szlachty oraz roli Kozaków.

DRUGA CZĘŚĆ WYWIADU JUŻ WKRÓTCE

Moje pierwsze spotkanie z doktorem Radosławem Sikorą w Malborku 18 marca 2019 roku
Małe post scriptum do tematyki konnego łucznictwa, fajnie gdyby więcej młodzieży tak się garnęło do koni

Konne łucznictwo wciąż żywe VI/2019

W najnowszej odsłonie bloga jako miesięcznika wywiad z treneriem jeździectwa i konnego łucznictwa Markiem Danowskim. Aby zrealizować materiał dwukrotnie odwiedziałem Marka w jego podolsztyńskim gospodarstwie, bowiem pierwszego razu ulewa sroga nie pozwoliła zrealizować nam relacji z udziałem koni. Pod presją czasu wrzuciłem 12 czerwca część pierwszą relacji, czyli wywiad z trenerem Markiem oraz kilka zdjęć z planu zdjęciowego. Spieszyłem z publikacją tego wpisu nie tylko z obligacji jakie nakłada na mnie status miesięcznika, ale również dlatego, że 12 czerwca są Marka urodziny! Wszystkiego najlepszego Waszmość Panie! Niech się szczęści, sukcesów w zawodach i wszelakiej pomyślności! Natomiast w dniu 28 czerwca udało mi się zakończyć wreszcie edycję drugiej części relacji, już konkretnie poświęconą treningowi łuczniczemu pieszo i konno.

Zapraszam serdecznie do polubienia filmów, zostawienia komentarza oraz subskrybowania mojego nowego kanału na YouTube. Linki do profilu drużyny sportowej Marka oraz rodzinnej agroturystyki poniżej.

Kanał Dzikie Pola LOCA DESERTA na YouTube!
Kanał Dzikie Pola LOCA DESERTA na YouTube!
Czy te oczy mogą kłamać?
Tor do konnego łucznictwa
Bajeczny domek w agroturystyce u rodziny Marka, Nokia 7.1 ma potencjał

https://www.facebook.com/bachmat.BHA/

http://chatawarminska.pl/

Przygody staropolskiej tworzenie cz. 2

W poprzednim poście na temat tworzenia przygód do fabularnej gry wyobraźni Dzikie Pola (oraz do innych podobnych gier jak również do filmów, komiksów, literatury pięknej itd.) poruszyłem tematykę bardzo ogólną, można by nawet rzecz, iż filozoficzą, dotykającą kwestię istoty jestestwa gracza jako człowieka i tego jakiej rozrywki wobec tego kim jest oczekuje. Może było to czasami zbyt górnolotne, ale nic to! Do sprawy pewnie jeszcze powrócę, bo na Pyrkonie zainspirował mnie Ignacy Trzewiczek mówiąc, że słaby z niego gracz, a mnie wówczas olśniło, że zapewne to tylko kwestia niedopasowanego do jego osobowości charakteru rozgrywki! Tym razem jednak podchodzimy do sprawy bardziej konkretnie. Idąc za przykładem innych fabularnych gier wyobraźni, chciałbym zwrócić uwagę na kilka różnych klimatów w jakich gra może być prowdzona. W Neuroshimie spotykamy się o ile dobrze pamiętam z czterema typami nastroju (rdza, chrom i co tam jeszcze?), a w takim Sengoku RPG gra sugeruje nam trzy różne poziomy realizmu: bardzo dalekie od rzeczywistości, pełne magii i japońskiego ducha epickości ANIME, bohaterskie przez duże „B” w stylu filmów np. Kurosawa Akiry CHANBARA oraz po prostu historyczny – najmniej epicki. Wymienione trzy poziomy oprócz inngo stylu rozgrywki zakładają także rzecz jasna różne poziomy punktów wydawanych na tworzenie postaci gracza. Warto także zwrócić uwagę na styl rozgrywki w Siódmym Morzu (7th Sea), w którym gra z definicji toczy się na wysoce epickim filmowo-hollywoodzko-awanturniczym poziomie, trochę podobnie do rozgrywki w stylu CHANBARA we wspomnianym wyżej Sengoku RPG.

Ja zaś zaproponuję na wstępie iście epicką rozgrywkę NA BOGATO tudzież HUSARIA!! Swego czasu imć Karol zapytał jaką przygodę polecam początkującym graczom. Autorzy gry Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu generalnie nie są tak skorzy, by pozwalać graczom tak po prostu wybrać sobie postać husarza, jak również skłaniają się głównie do wcielenia się graczy w postaci biedniejszych panów braci, czyli jakowejś hołoty, albo drobnych szlachciców z wielodzietnych rodzin, którzy ruszają na gościniec w poszukiwaniu lepszego życia i przygód wszelakich. A ja na przekór proponuję HUSARSKĄ EPICKOŚĆ!

Niechaj się wcielą gracze od razu w towarzyszy husarskich, którzy na wojenną wyprawę podążają! A najlepiej w osoby do jednego pocztu należące. Co więcej, niechaj osoba najmniej doświadczona w fabularnych grach wyobraźni, tudzież najmniej obeznana z tą konkretną grą osadzoną w realiach dawnej Rzeczypospolitej, wcieli się w rolę towarzysza husarskiego z bardzo zamożnego rodu. Niechaj poczet będzie na bogato (vide opis pocztu husarskiego Marka Łahodowskiego, w: R. Sikora, Husaria. Duma polskiego oręża, Kraków 2019)! Niechaj się gracze nie martwią w ogóle o pieniądze i żyją iście po pańsku! Niechaj poczet będzie wystawiony przez zamożnego potężnego ojca swemu lekkomyślnemu próżnemu synowi, który wdawał się będzie w różne spory z innymi towarzyszami, a nawet oficerami tudzież wielkimi panami! Bardziej doświadczeni gracze niech wcielą się w role dwóch lub nawet trzech pocztowych tegoż wielkiego pana, przy większej kompaniji mogą pełnić także rolę innych członków służby w poczcie jako pacholiki, ciury, albo i kobiety w pocztach u szlachty takoż obecne.

Oczywiście najlepiej, jeśli nie wszyscy uczestnicy rozgrywki czytali podręcznik główny do fabularnej gry wyobraźni Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu, to niech się wszyscy zapoznają z pozycją autorstwa Radosława Sikory Husaria. Duma polskiego oręża!

I niechaj sobie gracze ze Starostą Gry ustalą jakąś kampanię wojenną, w której udział wziąć mają ich bohaterowie. Jako wielce epicką, oddziałującą na wyobraźnię „początkującego” dzikipolowca, polecam wyprawę 1683 roku na odsiecz wiedeńską. Oczywiście dobrze, aby się Starosta Gry przygotował jakoweś księgi na temat tejże wyprawy przeczytawszy. I niech się dzieje! Niech się w drodze z towarszyszami z chorągwi zwadzą nie raz, niech sami wymyślają jakoweś figle, jakie z nudów wyprawiają. Na ziemi Habsburgów takoż z niemiecką szlachtą wojsk sprzymierzonych wielki pan towarzysz niech sie wdaje, a jego pocztowi niechaj chronią swego towarzysza jak im polecił jego ojciec, który swym sumptem poczet ów wystawił. Niech bitwa pod Wiedniem będzie wielce epicką kulminacją, po której nastąpi swawola w mieście Wiedniu, a potem ciąg dalszy kampanii przeciwko Osmanom, choćby bitwa pod Parkanami. Ktoś uratował króla Jana III Sobieskiego, który przez swą nieostrożność omal nie wpadł w ręce wroga, czemuż nie mieliby to być nasi bohaterowie?

Co więcej, może nasi przebojowi bohaterowie otrzymają propozycję pozostania na służbie cesarza, by walkę przeciwko Osmanon na Węgrzech i dalej na Bałkanach kontynuować? Może wyjść z tego wielka epicka wojenno-obyczajowa kampania, jeno trzeba doczytać co nieco o wojnach Świętego Cesarstwa Rzymskiego z Imperium Osmańskim i zapoznać się z nastrojem osmańskich Bałkanów, by podróż tam wryła się w pamięć bohaterów równie głęboko jak wycieczki do Bośni i Hercegowiny w moją 🙂

I na tym jednym epickim husarskim pomyśle na rozgrywkę kończę część drugą cyklu. Zdaję sobie sprawę, iż wojenne wyprawy bardziej pasują do postaci męskich (albo idąc za nowomową gender do męskiej płci kulturowej i tradycyjnie przypisywanych jej ról 😉 ), ale mam także pomysły na obyczajowe przygody, gdzie kobiety grają główną rolę. Póki co postać niewieścia do pocztu należąca, by się nie nudzić w momencie toczenia bitwy, może się pod pocztowego husarskiego w naszej kampanii podszywać i w boju brać udział, jak jakaś Mulan dajmy na to 😉 Do usłyszenia w kolejnej odsłonie!

Przywitanie wiosny

Zapraszam do lektury relacji z mych najnowszych przygód oraz dziękuję za wszystkie odwiedziny bloga i polubienia mego profilu na Facebooku!

Wielce ciekawym okazał się być tydzień miniony, a właściwie ostatnie 9 dni, chciałbym się tutaj wobec tego podzielić mymi wrażeniami i refleksjami.

We wtorek 12 marca miałem lecieć do Chin, ale sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, tak że podróż zakończyłem w Warszawie, a biesada była przednia! W międzyczasie zdążyłem na lipiec umówić się z Romanem przewodnikiem po Naddniestrzu (dość znany zeń już YouTuber!), by od dawnego pogranicza Rzeczypospolitej i Mołdawii rozpocząć sentymentalną podróż po Dzikich Polach. Odrębny artykuł o Dzikich Polach mam nadzieję już wkrótce.

Korzystając z niespodziewanej wizyty w Warszawie, umówiłem się z moim towarzyszem biznesowej doli i niedoli Łukaszem, by w środę 13 marca oddał mi w książkę autorstwa Andrzeja Dziubińskiego pt. „Na szlakach Orientu. Handel między Polską a Imperium Osmańskim w XVI-XVIII wieku”. Dużą część książki autor poświęcił Ormianom i ich losom, a parali się oni wszakże handlem pomiędzy Rzecząpospolitą a Persją, a czasami nawet i dalekimi Indiami. Ich awanturnicze przygody na szlakach handlowych to wspaniały temat na całą serię artykułów na mym blogu.

Dobre kilka lat trzymał tę książkę ów druh mój nicpoń, więc skoro nadarzyła się okazja, chciałem ją czem prędzej odzyskać. I w czasie oczekiwania na spotkanie natchnęło mnie!

Ta książka sprowadziła me zainteresowania na handlowe relacje dawnej Rzeczypospolitej, była dla mnie wielkim odkryciem, poszerzyła niesamowicie me horyzonty!

Pomyślałem wonczas czy w Warszawie jest li jakowyś ośrodek kultury ormiańskiej? Nie wiem czy zasługa była to porannej kawy czy innego olśnienia, w każdym razie sprawy potoczyły się dynamicznie, od wyszukiwania w internecie po krótki spacer i zadzwonienie do Fundacji Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich aż w końcu… bam! Po półgodzinnej podróży znalazłem się  w mieszkaniu pana Jana Abgarowicza, prezesa tejże fundacji! Dziękuję bardzo Panie Janie za miłe przyjęcie! Na załączonym obrazku publikacje jakie miałem możliwość zobaczyć u pana Jana, z których dużą część zakupiłem.

Niesamowite książki dla takiego pasjonaty niszowych zagadnień epoki staropolskiej jak ja
Kalendarz też dostałem przedni
Ta książka wybiegała poza mój główny obszar zainteresowań, choć tematyka żydowska jak najbardziej mnie pasjonuje

Rozmowa z panem Janem była bardzo interesująca, musimy się znów spotkać i omówić szereg ciekawych tematów. Jeśli czytelnicy mają jakieś pytania dotyczące Ormian lub handlu z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, chętnie o nich porozmawiam z panem prezesem fundacji i zdam relację na blogu, może nawet nagram cały wywiad. Najpierw przeczytam jednak to, co pan Jan mi udostępnił, bym mógł lepiej poznać mentalność ormiańską, co będzie też pewnie z korzyścią dla mej działalności kupieckiej. Mam wrażenie, że w głównym nurcie kultury polskiej ducha kupieckiego w ogóle nie ma. Całe szczęście od Chińczyków nabrałem już niemało mądrości biznesowej, a także od pochodzących z Izraela znajomych  handlujących w Chinach. Idąc także za duchem kupieckim, w mej zabawie w rekonstrukcję historyczną kompletuję sukcesywnie strój mieszczanina pruskiego z siedemnastego wieku, by nie tylko wojenny lud miał swą reprezentację na imprezach historycznych.

A skoro już zahaczyłem o Chiny, to pozwalając sobie na małą dygresję (a bo kto mi zabroni na własnym blogu czegokolwiek? 😉 ) – na liście mych spraw jest także przeczytanie książki poświęconej Michałowi Boymowi, jezuicie pochodzącemu z Polski, a działającemu w Chinach w XVII wieku. Na prezentację książki na jego temat w Gdańsku niestety nie udało mi się wyrobić.

Wracając zaś do spotkania z panem prezesem Fundacji Dziedzictwa i Kultury Ormian Polskich, to oprócz rozmów na temat ormiańskiej obecności we Lwowie oraz Kamieńcu Podolskim, udziale Ormian w dawnym handlu oraz dyplomatycznej służbie Rzeczypospolitej, dotknęliśmy również tematu książki pana doktora Radosława Sikory pt. „Husaria. Duma polskiego oręża”, którą swoją drogą miałem już okazję zauważyć w księgarni, choć nie zajrzałem doń nawet. Pan Jan był właśnie w trakcie lektury tej książki, a okazało się, że i ja nie mogę przejść obok niej obojętnie, bo oto kolejny raz stało się coś niesamowitego. Zaledwie kilka dni po wizycie u pana Jana, zupełnie niespodziewanie z „fejsbóczkowego” profilu mego elbląskiego pruskiego druha Piotra dowiedzałem się, że w poniedziałek 18 marca tenże doktor Sikora ma swe spotkanie autorskie na zamku w Malborku! Wola li to Opatrzności czy też mej podświadomej siły sprawczej, nie wiem, ale nie oddając się zbędnym dywagacjom nad Kołem Fortuny, udałem się pełen entuzjazmu, na przysłowiowym „spontanie”, stawić czoła intelektualnej przygodzie. Z resztą z mego Elbląga blisko do Malborka, raptem trzydzieści minut podróży autem i jestem na zamku u Wielkiego Mistrza. Załączam kilka zdjęć z tego spotkania. 

Wspólne zdjęciem z panem doktorem Radosławem Sikorą
Spotkanie o husarii u Wielkiego Mistrza
Zacne fotografie husarskich towarzyszy
Dedykacja od autora

Pan doktor Radosław Sikora bardzo ciekawie opowiadał, zadałem nawet kilka pytań, po których znać było, żem człek zainteresowany iście niszowymi tematami tj. status majątkowy towarzyszy husarskich prywatnych chorągwi magnackich – czyli jaka część z nich była posiadaczami własnej ziemi, a jaka dysponowała ziemią na zasadzie dzierżawy lub innej formy użytkowania magnackiej ziemi. Pan doktor odesłał mnie to prac naukowych pani profesor Urszuli Augustyniak, z którą miałem już przyjemność się trochę zapoznać czytając jej artykuł w pracy zbiorowej pt. „Patron i dwór. Magnateria Rzeczypospolitej w XVI-XVIII wieku.” Zapewne wiele osób nie rozumie dlaczego tak dalece ekscytuję się, gdy w me ręce wpada jakaś dogłębna monografia dotycząca bardzo niszowych tematów ze staropolskiego okresu, ale nie dziwię się im, bo ja tak naprawdę też nie mam pojęcia skąd u mnie taka właśnie pasja! 😀

Zmieniając zaś nieco temat, choć wciaż pozostając w Prusiech, to wspomnę, iż byłem nie tylko w Malborku, ale także we Fromborku, a był to czwartek 14 marca. Co więcej, pomimo zimnej pogody i remontu na wzgórzu katedralnym, zostałem wraz z moimi towarzyszami gorąco przyjęty przez pana Jędrzeja, właściciela dawnej wieży wodnej we Fromborku, dziś będącej kawiarnią, sklepem z pamiątkami oraz punktem widokowym na malowniczy Zalew Wiślany. Dzięki wielkie dla Grzegorza Kuczaby, który był zarówno moim jak i Jędrzeja nauczycielem nie aż tak dawno temu, bowiem to między innymi z Grzegorzem udałem się w tę podróż śladami Kopernika. Z racji nieprzyjemnej pogody zdjęciami widoków się nie pochwalę, ale mam za to coś innego! Zakupiłem zebrane dzieła Mikołaja Kopernika, szok! Kolejna niszowa publikacja trafiła w moje ręce, tomiszcze na prawie pięćset stron format bodajże A3 napisane łaciną i tłumaczone na język polski! Dzięki wielkie dla Fundacji Nicolaus Copernicus za kolejną okazję, bym odchudził mą sakwę.

„Husaria” dla porównania rozmiarów
Rozprawa Kopernika z dziedziny geometrii, a dokładniej mówiąc z trygonometrii, czyli omówienie trójkątów, to dopiero intelektualne katharsis dla niszoholika 😉

Mam nadzieję niebawem zawitać do Fromborka ponownie, zrobić trochę zdjęć przy ładnej pogodzie, a do tego zacząć publikować video blog, do którego póki co czynię próbne nagrania.

Dziś natomiast, na przywitanie wiosny astronomicznej, odwiedziłem nasz pruski Gdańsk udając się na targi branży bursztyniarskiej. Spotkałem się z moimi znajomymi z Danii (Michelle poznałem dziesięć lat temu podczas wspólnych studiów w Chinach, ot koleje losu!), i nie byłbym sobą, gdybym nie opowiedział im o dawnym Gdańsku, jego roli dla Rzeczypospolitej oraz związkach z Danią – nawet nazwa Gdańska może mieć swój duński źródłosłów. Historii handlu bursztynem już też poświęciłem trochę czasu, choć właśnie okres pomiędzy drugim pokojem toruńskim oraz hołdzie pruskim a zaborami wciąż jest dla mnie mało znany. Szukam niszowych pozycji o zmianie prawodawstwa krzyżackiego dotyczącego wydobycia bursztynu  po 1466 roku na terenie Prus Królewskich oraz po 1525 roku po sekularyzazji zakonu krzyżackiego w Prusach Książęcych. Ktoś zapyta może po co mi to, a ja wówczas odpowiem snując opowieść o wizji gangsterskiego scenariusza na film lub książkę osadzonego w realiach siedemnastowiecznych pruskich miast, gdy szwedzka armia atakuje, zmieniają się relacje w lokalnych układach polityczno-biznesowo-mafijnych, i różne frakcje walczą o kontrolę nad intratnym handlem złotem Bałtyku. Czy ormiańscy kupcy ze Lwowa dostaną na czas towar, na jaki czekają ich klienci w Konstantynopolu? Pomysłów na pasjonujący film lub nawet grę osadzoną w naszych dawnych realiach można wymyślić bez liku, a nie muszą być one przecież w stu procentach historyczne. Luźno związana z historią awanturnicza opowieść może zebrać szerokie rzesze fanów i przyciągnąć uwagę turystów z całego świata na Bursztynowe Wybrzeże. 

Taki bursztynowy okręt skłonił mnie do refleksji nad kupieckim kosmopolitycznym duchem Gdańska

Kończąc tę dzisiejszą opowieść o podróżach i przemyśleniach ostatnich kilku dni, zwracam uwagę na to jak dużo ma do zaoferowania historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która spłycana bywa często do jeno losów szlachty i wojen. Czy to właśnie taka postawa mogła być powodem wypalenia się formuły gry fabularnej „Dzikie Pola. Rzeczpospolita w ogniu”? Można spojrzeć na krainę naszych przodków na wiele różnych sposobów, z różnych kątów, odnajdując tam jak najbardziej wiele ciekawostek związanych ze światem biznesu, choć wtedy nawet jeszcze nie znano u nas tego słowa 😉 Wędrując od ormiańskiego Kamieńca i Lwowa po niderlandzko-pruski kosmopolityczny Gdańsk, można obok obrosłej w mity szlachty odkryć zupełnie inny tętniący życiem świat.