Dziady na Litwie spędzamy

Minęły dwa miesiące, a miesięcznik przystanął, spieszę zatem z podróżą w czasie publikując z listopada wpis na wrzesień i październik. Na czas Dziadów i Wszystkich Świętych trafiłem w postowiecki świat, do Republiki Białoruś, gdzie wizytując rodzinne strony mych przodków i obserwując postowiecki świat absurdu w nastrój pełen refleksji egzystencjalno-historyczno-filozoficznych popadłem. I tak też w pytanie jakże ważne, a niebezpieczne się zagłębiłem: Szaleństwo, normalność, co wyznacza granicę między nimi, co je definiuje? Co pisać, żeby nie być banalnym, ale też żeby nie popaść w skrajne egzaltowane wywody i zrozumianym być dobrze przez czytelnika?

Miałem pisać mądre rzeczy na blog, ale chyba przez swój perfekcjonizm co bym nie chciał napisać, wydaje mi się zbyt banalne. Filmy też bym chciał kręcić idealne, przez co mało co w ogóle ich powstaje. Czasem myślę, że może lepiej wypuszczać lada jakie szalone treści, byleby w ogóle cokolwiek było? 😉 Przeczytawszy przepis na omlet z winem taki otoż filmik spreprarowałem. Komuś się kiedyś może tego typu dzieła spodobają, tak jak Van Gogha twórczość lata po jego śmierci (jestem świeżo po filmie o tym malarzu, w szpitalu dla obłąkanych nie raz i nie dwa lądował…).

Na żadne inne nagrania nie miał ja czasu, za groszem biegał, wyprowadził się z mieszkania, poleciał do Kitaju dalekiego zarabiać pieniądze, a potem z biznesowym partnerem poleciał do Białorusi na dni kilka w sprawach służbowych. Ech ci Kitajcy, działają szybko, z punktu widzenia białego człowieka bez planu, jak w gorącej wodzie kąpani, ale może w ich szaleństwie jest metoda? W końcu to u nich jeździ super szybka kolej, a nie u nas. Tylko czy ten szaleńczy pęd jest komukolwiek do szczęścia potrzebny?

Tak czy owak, dzięki Kitajcowi owemu mogłem odwiedzić wreszczie krainę mych przodków, ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dzięki Kitajcowi opętanemu szaleńczym pędem za groszem, owładniętemu wizją konstruowania robotów rodem z filmów i gier science-fiction, mogłem w Mińsku odwiedzić księgarnię i kupić książek kilka, w tym “Ostatnie Życzenie” Andrzeja Sapkowskiego po białorusku. Bom maniak nauki języków, a szczególnym sentymentem języki naszej Rzeczypospolitej darzę.

Wielkie Księstwo Litewskie, ile tak naprawdę wiemy o tej części Rzeczypospolitej? Czyż nie zbyt łatwo równamy ją, utożsamiamy z Polską? Gdy mówimy w Polsce o „Potopie” szwedzkim, czy ktoś tak naprawdę zwraca uwagę na to co było „krwawym Potopem” dla Wielkiego Księstwa Litewskiego? Ileż to lat minęło od napisania przez Sienkiewicza „Potopu” i jego ekranizacji przez Hoffmana, a nikt się nie podjął na poważnie krytycznej polemiki i odkłamania historii? Niechaj zatem ja, po wizycie w zamku radziwiłłowskim w Nieświeżu i lekturze ksiąg wielu, zwrócę uwagę na spraw kilka.

Może najpierw banalne kwestie z filmu „Potop”. Janusz i Bogusław Radziwiłł, zagrani kolejno przez Władysława Hańczę i Leszka Teleszyńskiego. Pierwszy aktor miał w roku premiery filmu (1974 r.) 69, a drugi 27 lat. A czy wiecie w jakim wieku w 1655 roku były zagrane przez nich prawdziwe historyczne postaci? Otóż kolejno 43 i 35 lat, różniło ich zaledwie osiem, a nie ponad 40 lat! Obaj mężczyźni w sile wieku, podczas gdy filmowy i książkowy Janusz wychodzi na styranego życiem starszego pana. Znany z popkultury Janusz Radziwiłł umiera na astmę, a kto wie jak było z prawdziwym? Otóż wszystko wskazuje na to, że został otruty. Przez kogo? Można się jeno domyślać…

Dlaczego Janusz Radziwiłł przystąpił do Szwedów? Kto zdaje sobie sprawę, że w momencie jego przejścia do obozu szwedzkiego większa część Wielkiego Księstwa Litewskiego była pod okupacją Moskali? Od 1654 roku trwała krwawa wojna z Moskwą będąca kontynuacją powstania Chmielnickiego, ba! nawet Wilno zostało przez moskiewskich najeźdzców spalone w 1655 i już nigdy nie podniosło się do dawnej chwały. Wróg u bram, ratunku od króla Jana Kazimierza nie ma co oczekiwać, cóż miał wonczas czynić hetman? Jeszcze do tego jako protestant mógł odczuwać coraz mniej sprzyjającą niekatolikom atmosferę polityczną. Czyż nie był on po prostu bohaterem tragicznym, który zasługuje na nową literacką odsłonę swych losów, odkłamaną po czasach rosyjskiej i sowieckiej cenzury? Proszę bardzo oto mapa Rzeczypospolitej w dobie Potopu, nie szwedzkiego, ale szwedzko-moskiewsko-kozackiego.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/63/Rzeczpospolita_Potop.png?fbclid=IwAR1rZ8QkD2h-7H6Xh96ddwbD7JVIJ44tgQsX5Ow2__s1_z8AmOHjjsszjVs

Szwedzi zadali bardzo duże gospodarcze straty Rzeczypospolitej na okupowanym przez siebie terytorium, nie przeczę, niszczyli z premedytacją różne kopalnie i ośrodki przemysłu, grabili i łupili, ale Moskale i bunty kozackie doprowadziły do równie wielkiego spustoszenia na wschodnich dwóch trzecich terytorium Rzeczypospolitej! O Kozakach jeszcze coś czytelnik i widz kojarzy, ale o Moskalach z reguły nic nie wie w kontekście „Potopu”.

Z kolei Bogusław Radziwiłł, brat stryjeczny Janusza, doczekał się już powieści na swój temat, autorstwa ukraińskiej pisarki Iryny Daniewśkiej, którą posiadam w oryginalnym wydaniu ukraińskim jak również nowym białoruskim! Rozmawiałem z autorką i mówi, że jeszcze nie szukała na polski rynek wydawcy, więc pozostaje mi szlifowanie swych języków wschodniej Rzeczypospolitej, by móc treść książki bliżej czytelnikom mym zreferować.

No właśnie, języki Rzeczypospolitej. Do krwawego Potopu Wielkiego Księstwa Litewskiego ruska mowa dominowała na tym terenie, wciąż jako język urzędowy, jak również jako język życia codziennego. Jednocześnie była to już mowa odmienna od ruskiego z Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, a bardziej zbliżona do języka polskiego. Polski, białoruski i ukraiński dzielą ponoć ze sobą 80% słownictwa, to dziedzictwo czasów Rzeczypospolitej i późniejszej porozbiorowej współegzystencji. I nie możemy tego rozumieć tylko jako wpływ polsczyzny na ruszczyznę. Proszę oto link do rekonstrukcji staropolskiej wymowy Bogurodzicy, sprzed czasów unii lubelskiej.

Tamta staropolszczyzna wchodząc w mariaż z ruszczyczną stworzyła nową polską mowę, która nie byłaby tym czym jest bez współżycia przez kilka stuleci z ruskim światem Rzeczypospolitej – pewnie mało kto wie, iż w XVII oficjalnie po polsku mówiło się o Polsce „Polszcza”! Język polski jeszcze do lat 30. XIX wieku był językiem elitarnym miasta Kijowa, czyli prawie 200 lat od jego przejścia pod moskiewskie władanie (w 1648 roku wraz z powstaniem chmielnickiego, ponad 120 lat przed pierwszym rozbiorem)! Z resztą do połowy XIX wieku tereny zabrane Rzeczypospolitej przez Moskali zwane były ni mniej ni więcej ale POLSKIMI GUBERNIAMI. Dopiero w miarę wzniecania przez Polaków kolejnych niepokojów była ta polska swoboda ograniczana, niemniej jednak przeczy to polskiej martyrologii 123 lat niewoli pod zaborami. Tym, co położyło kres polskiej wyraźnej obecności kulturowej na wschodzie aż po Smoleńsk był nie carat, ale rewolucja bolszewicka i kulminacja antypolskiej polityki – akcja polska NKWD w 1937 roku, a potem tragedia drugiej wojny światowej i przesiedlenia ludności po 1945 roku. Pamiętajmy o tym, bo historiografia i program szkolny doby PRL wykrzywił naszą percepcję rzeczywistości tamtych czasów. Dużo więcej swobody miał Polak pod carem i nominalnym królem polskim w Królestwie Polskim i polskich guberniach Imperium Rosyjskiego niż za czasów sterowanej z Moskwy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

I na koniec, żeby nie było, iż caratu ze mnie obrońca oraz by oburzeni mym niepatriotycznym podejściem czytelnicy nie rzucali na mnie kalumnii – carat winny był śmierci setek tysięcy, a wręcz milionów, młodych mężczyzn, których brał w rekruty, mobilizował do wojska, co oznaczało niemal wyrok śmierci. Ileż to lat miał spędzić taki młodzian w wojsku? Dwadzieścia? Jeśli jeno przeżył, bo najpierw zaczynał swój żywot sołdata od straszliwego prześladowania, bicia, upokarzania, przy którym „fala” we współczesnym Wojsku Polskim za czasów poborowych to dziecinna igraszka. Obity przećwiczony wytresowany rekrut, który przeżył tę męczarnię „unitarki”, był niezwykle cenionym przez władzę żołnierzem. Nie możemy się zatem dziwić narastającemu rewolucyjnemu fermentowi w Imperium Romanowów, ale pamiętajmy tylko, że polskiej kulturze kres na Kresach położył komunizm, a nie carat.

https://superhistoria.pl/dwudziestolecie-miedzywojenne/82494/Wiecej-Polakow-wymordowano-tylko-w-Powstaniu-Warszawskim-Ludobojczy-rozkaz-nr-00485.html?fbclid=IwAR15jz7d6rAeH3uynkS5lxe28RMEs_VIZWAxZMAskH5KOIqPEyq6urYypMY

Francuskich wojaży opisanie VIII/2019

Ostatni dzień sierpnia, to trzeba przysiąść dokończyć relację z przygód miesiąca tegoż. Poprzedni raz zabrałem się jako tako za pisanie trzy tygodnie temu we Francji. Chciałem napisać “usiadłem do pisania”, ale przecież klęczałem wtedy oparty o łóżko w hotelu 😉

I przyznać się muszę bez bicia, że zawsze ociągam się z napisaniem czegoś, jakby to była rzecz wymagająca niezwykłego namaszczenia i specjalnych warunków, ciszy, spokoju, ładnej pogody… Różne rzeczy wymyślałem, ale dość już! W tej Francji dałem radę pisać nawet przy dziecku oglądającym bajki po francusku, a do tego na klęczkach (może to akurat jest nabożne i z namaszczeniem potraktowanie pisania? 😉 ).

Miałem wielce ambitny plan pojechać jeszcze w lipcu na Ukrainę, w rejon historycznych Dzikich Pól oraz wiele innych miejsc znanych z historii Rzeczypospolitej, literatury pięknej i w ogóle historii naszej części Europy. Umówiłem się wstępnie na kilka spoktań z rekonstruktorami historycznymi, dyrektorem muzeum, twórcami gry paragrafowej o Kozakach na Androida oraz jednym politykiem. Wszystko jednak odkładałem, bo ciągle coś kombinowałem przy samochodzie, naprawiałem, poprawiałem, podłączałem instalację LPG, znowu naprawiałem błędy powstałem w wyniku dołożenia tej instalacji i w końcu nie pojechałem.

Odłożyłem wyjazd na trochę później, a wpadł za to nowy pomysł, by zdobyć więcej sławy, zasięgu oraz przede wszystkim stworzyć ciekawy materiał na blog. Doktor Radosław Sikora szukał bowiem osoby, która zrealizowałaby relację wideo z wyprawy polskiej delegacji rekonstruktorów historycznych na imprezę w Lermie w Hiszpanii w klimacie XVII wieku – poselstwo króla polskiego do króla Hiszpanii! Zgłosiłem się na ochotnika, pragnienie przygody i awanturnicza swawolna dusza przytłumiły rozsądek, zlekceważyłem wciąż nie do końca pewną sytuację z autem i pojechałem do Hiszpanii. Nie dość, że niedokładnie wyliczyłem sobie koszty wynikające z paliwa i autostrad francuskich, do tego opóźniłem jeszcze się o kilka godzin szukając na ostatnią chwilę przejściówek do tankowania LPG w Niemczech (choć okazało się, że dałoby radę i bez tych przejściówek), to 2 sierpnia po przejechaniu 2000 kilometrów trafiłem na najgorsze w ciągu całego roku korki na trasie przelotowej przez Bordeaux, czyli pierwszy piątek sierpnia zwany „czarnym piątkiem”, gdy wielka część Francuzów rusza na urlop. No i moje auto nie podołało, w gorącej temperaturze w bezruchu po prostu mi zgasło, nie chciało odpalić… Zostałem sholowany przez pomoc drogową, zapłaciłem trochę za to (zabrałem się w drogę nawet nie upewniwszy się co do posiadania usługi Assistance! Nie wiem jak to się stało, ale nie miałem tego pomimo posiadania rok wcześniej…). Potem na chłodniejszym silniku udało się odpalić i odjechać, ale problemy z autem nie minęły, zdarzało mu się gasnąć, przejeżdzało od 15 minut do godziny, rozgrzane nie odpalało, oj nie popisałem się kierując się mą ułańską fantazją! Nauczkę swoją odebrałem, a pomocni właściciele winiarni i domu na wynajem dla turystów nie dość, że nakarmili mnie i me dziecko przy rodzinnym obiedzie, to jeszcze wskazali gdzie szukać mogę mechanika. Tak trafiłem w końcu do hotelu Ibis Budget w mieście Bergerac („berżerak” po naszemu, albo „brazeira” jeśli wersja ma być oksytańska 😉 ) gdzie wielką pomoc okazała mi pracująca tam Polka! Dzięki wielkie dla Wiolety rodem z Gdyni! Akurat była na zmianie, gdy przyjechaliśmy, Chwała Bogu 😀 Pomogła mi doradzając, dzwoniąc do mechaników w tygodniu, wskazując miejsca na planie miasta, dając kontakt do kilku osób. Pomogły mi też osoby z grup na Facebook Polacy we Francji i Polacy w Bordeaux. Wielkie dzięki dla wszystkich za pomoc!

Miałem trochę doła, idąc w końcu na stare miasto Bergerac nie przebrałem się w mój historyczny strój jak miałem wcześniej w planie, żeby się pokazać obok pomnika lokalnego bohatera Cirano de Bergerac (bohater historyczny, literacki oraz filmowy odegrany nawet przez słynnego „Rosjanina” „Żerarda Depardie” vel Obelixa 😉 ). Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak znana jest to postać literacka, w polskim Teatrze Telewizji odegrana przez Piotra Fronczewskiego.

Link do polskiej adaptacji sztuki „Cyrano De Bergerac” z 1980 roku

Wtedy też na starym mieście Bergerac taka niespodzianka mnie spotkała! Występ lokalnej grupy folkowej Les Abeilles Bergeracoises w strojach regionalnych! Gdbym tańcował z nimi w moim stroju Prusaka to by dopiero była atrakcja! No ale nic to, i tak było fajnie. Kilka osób znało wśród tych osób język oksytański wyparty niemal zupełnie przez przybyłą z północy i narzuconą przez aparat państwowy francuszczyznę. Mi się jednak oksytański bardziej podoba niż paryska mowa, skoro już tu trafiłem, to może jakiś separatystyczny ruch Królestwa Wizygotów założę z tymi dziadkami, jakąś Sicz Wizygotów, a mnie obiorą atamanem koszowym ;). Podniesiony na duchu następnego dnia wróciłem na Stare Miasto w przebraniu Prusaka budząc pewne zainteresowanie turystów i mieszkańców Brazeirac. Uprzedzony przez Wioletę nie pokazywałem się z mą szablą, bo podobno we Francji broni białej nie można sobie tak swobodnie jak w Polsce posiadać i się z nią obnosić…

No właśnie, ale przecież mój blog nazywa się Dzikie Pola, a nie Dzika Akwitania, a ja zawędrowałem zupełnie w inną stronę Europy. No cóż, ta wyprawa i jej nieoczekiwany obrót dużo mnie nauczyły, między innymi o moim podejściu do planowania ostatnimi laty oraz o ostrożności finansowej. Lekcję swoją odebrałem, sądzę, że dobrze zapadnie mi w pamięć… Gdy jeden mechanik nazwał mnie nieodpowiedzialną osobą, by jechać takim starym autem w tak daleką wyprawę do Francji, nie sposób było się z nim nie zgodzić. Sierpień, czas urlopów mechaników (i wielu innych), zlekceważenie ubezpieczenia auta na awarię za granicą, a do tego nieznajomość francuskiej sytuacji motoryzacyjnej-nieprzystosowanie większości serwisów do tak starych aut jak moje (1998) – nie mają przejściówek na taki stary typ komputera samochodowego jak mój… Choć może jeszcze starsze auto byłoby lepsze – wtedy bez komputera (prawie) każda awaria to prosta sprawa mechaniczna. Toyota Camry na przykład – tak słyszałem. Ponadto, bardzo mało salonów obsługuje auta z instalacją LPG, podobno warsztat samochodowy musi mieć specjalne pozwolenie, by w ogóle dotykać się auta z LPG, a do tego nie jest popularne robić sobie takie przeróbki. Francuzi bogaci są najwyraźniej, wolą tankować benzynę w cenie 1,5 euro za litr zamiat LPG w cenie 0,8 eur… A na autostradzie LPG dochodzi do ceny 1 euro za litr! Ot o taką wiedzę jestem mądrzejszy dzięki zamiłowaniu do historii staropolskiej…

Dowiedziałem się dzięki tej przygodzie więcej o samochodach, ich naprawach, o Polonii we Francji, o samej Francji, a także o wożeniu aut lawetami, zakupach samochodów za granicą, a do tego odwiedziłem afgański bar ćwicząc swój perski język – zawsze jakieś pozytywy (tak się oszukuję 😉 ). No ale ani na rekonstrukcję historyczną do Lermy, ani do Gniewu, się nie załapałem. Krótko mówiąc pechowy ten rok był do tej pory jeśli chodzi o to moje hobby historyczne, co wyraziła „pani ze sklepiku” w Chateau Fort de Roquetaillade (vide mój kanał YouTube) francuskim terminem „pas de chance”… Akurat z tego spotkania z Afgańczykami to się chyba najbardziej ucieszyłem, bo najbardziej swojsko się z nimi czułem – Afgańczycy ludzie to elastyczni, o 22 w nocy chcieli by ogarniać mechanika Afgańczyka, ale nie miał on komputera do sprawdzenia mojego auta. W ogóle mówił mi szef tego baru, że afgański mechanik o pierwszej lub drugiej w nocy wstanie pomóc jak jest potrzeba. Z takimi ludźmi czuję się równie swojsko jak na Bałkanach – tam w wakacje 2017 roku też od ręki mi napriawiali auto mechanicy kumple mego przyjaciela. Krótko mówiąc do zachodniej Europy lepiej wybierać się samolotem lub innymi środkami transportu grupowego, a na miejscu ewentualnie wynając sobie auto, albo jeszcze lepiej iść pieszo (jak pewna Szwajcarka jaką spotkałem z 2 psami obok Elbląga 2 tygodnie temu) lub rowerem (jak mój gospodarz z Couchsufing Jean z Langon, który przez pół roku jeździł po Europie rowerem odwiedzając także Polskę) – po torturowaniu kręgosłupa wielogodzinną jazdą doceniam naturalne sposoby podróżowania pozwalające kręgosłupowi działać tak jak powinien.

Tak czy owak, udało mi się wreszcie wrócić do Polski. Dziękuję bardzo wszystkim osobom, które poprzez zbiórkę https://zrzutka.pl/hckm5u wsparły mój powrót do Polski. 10 sierpnia o godz. 15 wsiedliśmy do busa i załadowaliśmy auto na lawetę jadącą za busem, by 12 sierpnia o godz. 4:30 rano dotrzeć do Warszawy zostawiając auto na kilka dni na parkingu obok Ikei Targówek, samemu dwie godziny później jadąc do Elbląga z kierowcą poznanym porzez BlaBlaCar. Te ponad 40 godzin powrotnej podróży minęło szybciej niż podróż do Francji – oto kolejna zaleta bycia pasażerem, a nie kierowcą. W busie odpowiedzalną pracę przywiezienia nas do domu wykonywało dwóch kierowców z Polski śpiących na zmianę w tymże pojeździe.

No cóż, pozostaje mi teraz jeszcze zmontować filmy z wyprawy. Kręcenie materiałów wideo jest jednak bardziej pracochłonne niż myślałem zanim się za to zabrałem. Choć może samo nagrywanie nie jest aż tak pracochłonne jak montowanie materiału, by wyszło zeń coś ciekawego. Obym w nowym roku szkolnym, gdy szkoła przejmie dużą część mej opieki nad uczęszczającą do szkoły córką, miał więcej czasu na systematyczne blogowanie 🙂

Tutaj jeszcze przypomnę link do mego pierwszego nagrania wideo z wyprawy do Francji na zamek z filmu „Fantomas kontra Scotland Yard”.

Podobno ciekawy filmik mi się udał, a że krótki, to tym bardziej warto obejrzeć 😉

To tyle w tym sierpniowym podsumowującym letnie przygody numerze tytułu prasowego DzikiePola.com. Do zobaczenia i usłyszenia we wrześniu!

Gość specjalny doktor Radosław Sikora

Podchodząc bardzo poważnie do swej misji dziennikarza-blogera, podtrzymując formę bloga jako zarejestrowanego tytułu prasowego (miesięcznika), poprosiłem o spotkanie jakże słynnego w gronie miłośników historii Rzeczypospolitej Obojga Narodów i staropolskiej wojskowości doktora Radosława Sikorę, autora wielu ciekawych publikacji, w tym najnowszej z nich pt. „Husaria. Duma polskiego oręża”. Jakże wielką radość sprawił mi pan doktor odpowiadając pozytywnie na me zapytanie. Wstępnie myślałem o udostępnieniu wywiadu w formie wideo lub audio, jednakoż warunki na szybko zaaranżowanego spotkania sprawiły, że najodpowiedniejsza okazała pisemna relacja z naszej rozmowy. Pierwsza odsłona wywiadu skupia się na temacie rocznicy bitwy pod Kłuszynem oraz wojny polsko-rosyjskiej lat 1609-1618 zakończonej rozejmem w Dywilnie, który wszedł w życie w 1619 roku, zaś w następnych wpisach zamierzam opublikować dalsze części wywiadu dotykające kwestii społeczno-politycznych dawnej Rzeczypospolitej, w tym roli stanu szlacheckiego oraz dyskusja na temat Kozaków i wpływu kwestii kozackiej na dzieje kraju naszych przodków.

W lipcowym numerze załączam także krótkie post scriptum do filmów o konnym łucznictwie, w którym rozmawiam z młodym miłośnikiem jeździectwa i łucznictwa Pawłem Danowskim. Tacy młodzieńcy jak Paweł dobrze rokują na przyszłość. Publikując nasz krótki wywiad pragnę okazać podziw dla zamiłowania Pawła do jakże wymagającego i niosącego ryzyko kontuzji jeździectwa. Niech będzie on przykładem dla swych rówieśników jak można spożytkować swe młodzieńcze lata.

Nie przedłużając, niniejszym zapraszam do lektury wywiadu z doktorem Radosławem Sikorą.

Kamil Nowak DzikiePola.com: Spotykamy się dzisiaj z doktorem Radosławem Sikorą, w dniu 4 lipca 2019 r., czyli w 409. rocznicę słynnej bitwy pod Kłuszynem. Czy to ważna rocznica panie doktorze, czy warto o niej pamiętać, czego możemy się nauczyć przy okazji tej rocznicy?

Doktor Radosław Sikora: Dla mnie to bardzo ważna rocznica, napisałem wszakże książkę na ten temat. Warto o tej bitwie pamiętać, ponieważ była to jedna z najciekawszych bitew w historii Polski, zwycięska bitwa o dużej doniosłości, po której Polacy wkroczyli do Moskwy. Polski królewicz Władysław Waza został obrany władcą Moskali zwanym u nas wielkim księciem moskiewskim, a w Moskwie carem. Przez dwa lata byliśmy w Moskwie. Generalnie wojnę, która zaczęła się w 1609 roku wygraliśmy, a zatem krótko mówiąc same sukcesy, warto więc o takich rzeczach pamiętać.

KN: Jak to się stało, że taka mała grupa ludzi potrafi zdominować tak wielką terytorialnie Rosję, a dwa lata później potem przegrywa? Czy to problem pychy zdobywców, czy brak jasnego politycznego planu na zagospodarowanie zajęcia Moskwy? Ja zawsze odbierałem niepowodzenie trwałego osadzenia Władysława Wazy i związania unią Rosji jako porażkę polskiej polityki zagranicznej na wschodzie, dlaczego pańskim zdaniem to się nie udało?

RS: Od razu sprostuję, że tam nie było porażki panie redaktorze. Zajęcie Moskwy to był tak właściwie efekt niezamierzony. Zamierzonym efektem było zdobycie Smoleńska i ziem utraconych przez Wielkie Księstwo Litewskie w 1514 roku, a to się w pełni udało. Odzyskaliśmy Smoleńsk i ziemie wokół niego o powierzchni około 75 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli tyle co niemal jedna czwarta terytorium dzisiejszej Polski! A że niejako „mimochodem” zdobyliśmy sobie Moskwę, przy okazji królewicz Władysław Waza został obrany tymże naszym wielkim księciem moskiewskim, to taki „bonusik”.

KN: Teraz rozumiem, czyli nie było celem tej wojny zdobycie władzy w Moskwie.

RS: Wyjaśnię z czego w ogóle ta wojna się wzięła. Wbrew wcześniejszym układom i porozumieniom z Wielkim Księstwem Moskiewskim, władca Moskwy Wasyl Szujski zawarł ze Szwedami porozumienie skierowanem ostrzem w naszą Rzeczpospolitą. Jako państwo poważne zareagowaliśmy na to odpowiednio. Zygmunt III Waza król polski i wielki książę litewski zebrał armię, ruszył na Wschód, a jego celem podstawowym było odzyskanie ziem utraconych prawie sto lat wcześniej oraz rozerwanie tego sojuszu moskiewsko-szwedzkiego i to wszystko się udało.

KN: Jak zatem doszło do zdobycia Moskwy?

RS: To wyniknęło z tego, że Moskwicini tudzież Moskwa (trochę później weszła do użytku wersja „Moskal”, a nie nazywaliśmy ich też jeszcze wtedy mianem „Rosjan”) zaczęli gromadzić armię, która miała pójść na odsiecz Smoleńskowi. Armia ta wyszła z Moskwy idąc przez Możajsk w kierunku Smoleńska. Żeby nie czekać na nadchodzącą z odsieczą wrogą armię, Zygmunt III wysłał jej na spotkanie armię pod dowództwem hetmana polnego Stanisława Żółkiewskiego. Tak skutecznie się spotkali, że ich pobili, rozbili i przejęli wojska cudzoziemskie walczące po stronie Moskwicinów, a potem razem z nimi wparadowali do Moskwy.

KN: Czyli rzeczywiście „przypadkiem” lub raczej „przy okazji” wpadła ta Moskwa w ręce Polaków. Czy nie było zatem jakiejś szansy na wypracowanie planu zagospodarowania tak spektakularnego sukcesu jak zdobycie stolicy przeciwnika i obranie królewicza polskiego władcą państwa moskiewskiego?

RS: Nie to było celem gdy zaczynała się ta wojna. Hetman Żółkiewski co prawda dogadywał się z moskiewskimi bojarami, to bojarzy nas do tej Moskwy wpuścili, to nie tak, że musieliśmy ją zdobywać siłą. Oczywiście nie wpuściliby nas gdyby nie to, że wcześniej przegrali w polu. Przegrana bitwa spowodowała, że nabrali chęci do rozmowy z nami. Dogadali się z Żółkiewskim na tej zasadzie, że Władysław Waza zostaje ich carem, tylko że w tym porozumieniu był jeden taki punkcik, o który to wszystko się rozbiło, a mianowicie Władysław Waza miałby porzucić katolicyzm i przyjąć wyznanie prawosławne. Warunek ten Żółkiewski zaakceptował bez porozumienia z królem – co trzeba mocno podkreślić, a ten warunek mocno nie podobał się monarsze. Z drugiej strony trzeba też zrozumieć Zygmunta III Wazę, gdyż jego syn Władysław miał wówczas dopiero piętnaście lat. Taki młodzieniec bez doświadczenia politycznego, w zupełnie obcym państwie, gdzie władców często po prostu mordowano w toku politycznych intryg, długo by w Moskwie zapewne nie porządził. Król Zygmunt III słusznie bał się o swego syna, a do tego dochodziły te niekonsultowane z nim warunki porozumienia, w szczególności ten wspomniany głoszący, że Władysław miałby porzucić wiarę jedyną, świętą, katolicką. Nie może zatem dziwić, że król swego syna do Moskwy nie wysłał. Kiedy Władysław Waza do Moskwy nie przyjechał, a Żółkiewski opuścił Moskwę po mniej więcej miesiącu od wkroczenia do niej, zaczęły się w Moskwie dziać różne dziwne rzeczy… Polska załoga zaczęła tam „troszkę” bardziej dokazywać, co zostało przez lokalną propagadnę bardzo mocno rozdmuchane, a zwłaszcza przez miejscowego patriarchę. Zaczęto wówczas organizować opór w dużej części państwa moskiewskiego poza zasięgiem polskiej władzy. Najpierw jedno opołoczenie, czyli po polsku pospolite ruszenie, podeszło pod Moskwę i choć jemu się nie udało, to następnemu już tak i po dwóch latach nas stamtąd wyrzucili.

KN: Czy nie można zatem było znowu rozbić tych moskiewskich wojsk w polu tak jak pod Kłuszynem?

RS: No tym razem mieliśmy trochę pecha. Hetman wielki litewski Jan Karol Chodkiewicz, który w 1612 roku próbował przyjść z odsieczą polsko-litewskiej załodze Moskwy tym razem przegrał, trochę zrządzeniem przypadku.

KN: Czy porażka tej odsieczy nie wynikała z nieopłacenia wojsk?

RS: To był stały problem Rzeczypospolitej w tamtym okresie, takie tło epoki, ten czynnik niczym nowym nie był.

KN: Czyli zatem nasza szlachta nie była aż tak zmotywowana do walki za Polskę, by iść na zagraniczne kampanie wojenne i zdobyć Moskwę dla polsko-litewskiej monarchii z pobudek patriotycznych nie bacząc na pienądze?

RS: Zacznijmy od tego, że oni o Polskę to raczej nie walczyli w Moskwie. Oni walczyli dla własnych korzyści. Polska była daleko, to nie była obrona polskiej ziemi. To nawet nie było odzyskiwanie polskiej, czy litewskiej ziemi. Smoleńsk jak już go odzyskaliśmy, został przyłączony do Wielkiego Księstwa Litewskiego, które go utraciło w 1514 roku. Powiedzmy też sobie szczerze: Zygmunt III idąc na tę wojnę nie uzyskał zgody Sejmu, który choć się nie sprzeciwił, zgody także swej nie dał. A brak zgody Sejmu oznaczał brak pieniędzy na wojnę, więc król zaczął tę wojnę od razu z wielkimi długami. W trakcie tej wojny zaczęto obiecywać wojskom – zaciężnym wojskom polskim, które wcześniej walczyły w Wielkim Księstwie Moskiewskim podczas dymitriad w wojskach władców nazwanych później pierwszym i drugim Dymitrem Samozwańcem. To byli zwykli żołdacy, którzy robili to dla pieniędzy, więc przeciągano ich na stronę Zygmunta III Wazy obiecując im zapłatę, w tym także pokrycie zobowiązań jakie wobec nich zaciągnęli wcześniej ci Dymitrowie. Długi narastały błyskawicznie, aż w pewnym momencie doszło do serii konfederacji. Żołnierze stwierdzili „dobra, jesteśmy tutaj już te cztery, a nawet pięć lat prawie, czas by ktoś zaczął nam za to płacić”. Wówczas trzeba było zwołać Sejm, zorganizować pieniądze, co się w końcu udało, ale te konfederacje zdążyły już mocno wygasić działania wojenne po 1614 roku. Tak czy siak, całą wojnę wygraliśmy, bo po trzyletnim okresie marazmu wyruszyła jeszcze druga wyprawa na czele z Władysławem Wazą po obiecany mu moskiewski tron – Moskale przysięgali przecież polskiemu królewiczowi wierność i posłuszeństwo. Władysław Waza wyruszył ze swymi wojskami w 1617 roku, by w 1618 dotrzeć pod Moskwę, choć tym razem, z powodu zdrady kilku żołnierzy, którzy zdezerterowali i przeszli na stronę przeciwnika ostrzegając oblężonych Moskali o planowanym szturmie, nie udało się jej zdobyć

KN: Kto był tym zdrajcą?

RS: Było to kilku żołnierzy cudzoziemskich. Tak czy owak, doszło w końcu do ugody, bo Moskalom też już wtedy było ciężko, woleli się porozumieć z nami niż toczyć tę wojnę w nieskończoność, zwłaszcza, że im pustoszyliśmy po raz kolejny państwo.

KN: Dziękuję panie doktorze. Mamy już zatem generalny obraz tamtego konfliktu. Pewien mój kompan z grona historycznych rekonstruktorów, miłośnik tematyki litewskiej i białoruskiej, poprosił bym zapytał jakie były propocje udziału wojsk z Korony Polskiej i z Wielkiego Księstwa Litewskiego w wojnie polsko-rosyjskiej 1609-1618.

RS: Zależy od etapu tej wojny. Gdy się wszystko zaczynało więcej trochę było Polaków. W armii Żółkiewskiego, który ruszył w stronę Kłuszyna byli generalnie Koroniarze, sprawdziłem to co do chorągwi. Tam chorągwi litewskich w ogóle nie było, ale później do samej Moskwy przyszedł Gosiewski z Litwinami, tak że wszystko zależy od konkretnego etapu wojny i tego co rozpatrujemy – czy pod Smoleńskiem, czy w samej Moskwie, czy jeszcze gdzie indziej.

KN: Dziękuję bardzo. Teraz pozwoli pan doktor, że jako redaktor bloga o nazwie nomen omen „Dzikie Pola” zapytam o rolę tej specyficznej, żyjącej na pograniczu państw i kontestującej feudalny ład społeczno-ekonomiczny, społeczności Kozaków w omawianej przez nas wojnie.

RS: W omawianej wojnie z lat 1609-1618 udział brało sporo Kozaków. Na przykład w szturmie Moskwy w 1618 roku uczestniczyło około 20 tysięcy Kozaków, czyli więcej niż liczyła armia polska pod murami oblężonego miasta, a zatem udział ten był wtedy znaczący. Mimo, że jak mówiłem wcześniej choć szturm się nie udał, to sama obecność Kozaków, to że chodzili oni po państwie moskiewskim wzdłuż i wszerz pustosząc je i plądrując, też miała duże znaczenie, bo po prostu skłaniało to Moskali do szukania porozumienia z polskim królem.

Wcześniej było różnie, od początku wojny Kozacy byli obecni na terytorium państwa moskiewskiego w sporych liczbach, buszowali po jego terytorium, choć nie zawsze działając na korzyść Zygmunta III. W kampanii kłuszyńskiej brało ich udział kilka tysięcy, a choć pod samym Kłuszynem było ich tylko 400 – Kozaków z okolic Pochrebyszcza, zwanych stąd pochrebiszczanami, to byli też Kozacy pod Carowym Zajmiszczem, gdzie zostawiliśmy korpus blokujący armię moskiewską, w którym obecnych było kilka tysięcy Kozaków. Tak że Kozacy oddali spore zasługi podczas tej wojny.

KN: Dziękuję panie doktorze za te odpowiedzi. W dalszej części rozmowy chciałbym przejść do kwestii bardziej ogólnych dotyczących nie tylko wojskowości, ale także zagadnień społeczno-gospodarczych, pozycji w państwie szlachty oraz roli Kozaków.

DRUGA CZĘŚĆ WYWIADU JUŻ WKRÓTCE

Moje pierwsze spotkanie z doktorem Radosławem Sikorą w Malborku 18 marca 2019 roku
Małe post scriptum do tematyki konnego łucznictwa, fajnie gdyby więcej młodzieży tak się garnęło do koni

Konne łucznictwo wciąż żywe

W najnowszej odsłonie bloga jako miesięcznika wywiad z treneriem jeździectwa i konnego łucznictwa Markiem Danowskim. Aby zrealizować materiał dwukrotnie odwiedziałem Marka w jego podolsztyńskim gospodarstwie, bowiem pierwszego razu ulewa sroga nie pozwoliła zrealizować nam relacji z udziałem koni. Pod presją czasu wrzuciłem 12 czerwca część pierwszą relacji, czyli wywiad z trenerem Markiem oraz kilka zdjęć z planu zdjęciowego. Spieszyłem z publikacją tego wpisu nie tylko z obligacji jakie nakłada na mnie status miesięcznika, ale również dlatego, że 12 czerwca są Marka urodziny! Wszystkiego najlepszego Waszmość Panie! Niech się szczęści, sukcesów w zawodach i wszelakiej pomyślności! Natomiast w dniu 28 czerwca udało mi się zakończyć wreszcie edycję drugiej części relacji, już konkretnie poświęconą treningowi łuczniczemu pieszo i konno.

Zapraszam serdecznie do polubienia filmów, zostawienia komentarza oraz subskrybowania mojego nowego kanału na YouTube. Linki do profilu drużyny sportowej Marka oraz rodzinnej agroturystyki poniżej.

Kanał Dzikie Pola LOCA DESERTA na YouTube!
Kanał Dzikie Pola LOCA DESERTA na YouTube!
Czy te oczy mogą kłamać?
Tor do konnego łucznictwa
Bajeczny domek w agroturystyce u rodziny Marka, Nokia 7.1 ma potencjał

https://www.facebook.com/bachmat.BHA/

http://chatawarminska.pl/

Przygody staropolskiej tworzenie cz. 2

W poprzednim poście na temat tworzenia przygód do fabularnej gry wyobraźni Dzikie Pola (oraz do innych podobnych gier jak również do filmów, komiksów, literatury pięknej itd.) poruszyłem tematykę bardzo ogólną, można by nawet rzecz, iż filozoficzą, dotykającą kwestię istoty jestestwa gracza jako człowieka i tego jakiej rozrywki wobec tego kim jest oczekuje. Może było to czasami zbyt górnolotne, ale nic to! Do sprawy pewnie jeszcze powrócę, bo na Pyrkonie zainspirował mnie Ignacy Trzewiczek mówiąc, że słaby z niego gracz, a mnie wówczas olśniło, że zapewne to tylko kwestia niedopasowanego do jego osobowości charakteru rozgrywki! Tym razem jednak podchodzimy do sprawy bardziej konkretnie. Idąc za przykładem innych fabularnych gier wyobraźni, chciałbym zwrócić uwagę na kilka różnych klimatów w jakich gra może być prowdzona. W Neuroshimie spotykamy się o ile dobrze pamiętam z czterema typami nastroju (rdza, chrom i co tam jeszcze?), a w takim Sengoku RPG gra sugeruje nam trzy różne poziomy realizmu: bardzo dalekie od rzeczywistości, pełne magii i japońskiego ducha epickości ANIME, bohaterskie przez duże „B” w stylu filmów np. Kurosawa Akiry CHANBARA oraz po prostu historyczny – najmniej epicki. Wymienione trzy poziomy oprócz inngo stylu rozgrywki zakładają także rzecz jasna różne poziomy punktów wydawanych na tworzenie postaci gracza. Warto także zwrócić uwagę na styl rozgrywki w Siódmym Morzu (7th Sea), w którym gra z definicji toczy się na wysoce epickim filmowo-hollywoodzko-awanturniczym poziomie, trochę podobnie do rozgrywki w stylu CHANBARA we wspomnianym wyżej Sengoku RPG.

Ja zaś zaproponuję na wstępie iście epicką rozgrywkę NA BOGATO tudzież HUSARIA!! Swego czasu imć Karol zapytał jaką przygodę polecam początkującym graczom. Autorzy gry Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu generalnie nie są tak skorzy, by pozwalać graczom tak po prostu wybrać sobie postać husarza, jak również skłaniają się głównie do wcielenia się graczy w postaci biedniejszych panów braci, czyli jakowejś hołoty, albo drobnych szlachciców z wielodzietnych rodzin, którzy ruszają na gościniec w poszukiwaniu lepszego życia i przygód wszelakich. A ja na przekór proponuję HUSARSKĄ EPICKOŚĆ!

Niechaj się wcielą gracze od razu w towarzyszy husarskich, którzy na wojenną wyprawę podążają! A najlepiej w osoby do jednego pocztu należące. Co więcej, niechaj osoba najmniej doświadczona w fabularnych grach wyobraźni, tudzież najmniej obeznana z tą konkretną grą osadzoną w realiach dawnej Rzeczypospolitej, wcieli się w rolę towarzysza husarskiego z bardzo zamożnego rodu. Niechaj poczet będzie na bogato (vide opis pocztu husarskiego Marka Łahodowskiego, w: R. Sikora, Husaria. Duma polskiego oręża, Kraków 2019)! Niechaj się gracze nie martwią w ogóle o pieniądze i żyją iście po pańsku! Niechaj poczet będzie wystawiony przez zamożnego potężnego ojca swemu lekkomyślnemu próżnemu synowi, który wdawał się będzie w różne spory z innymi towarzyszami, a nawet oficerami tudzież wielkimi panami! Bardziej doświadczeni gracze niech wcielą się w role dwóch lub nawet trzech pocztowych tegoż wielkiego pana, przy większej kompaniji mogą pełnić także rolę innych członków służby w poczcie jako pacholiki, ciury, albo i kobiety w pocztach u szlachty takoż obecne.

Oczywiście najlepiej, jeśli nie wszyscy uczestnicy rozgrywki czytali podręcznik główny do fabularnej gry wyobraźni Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu, to niech się wszyscy zapoznają z pozycją autorstwa Radosława Sikory Husaria. Duma polskiego oręża!

I niechaj sobie gracze ze Starostą Gry ustalą jakąś kampanię wojenną, w której udział wziąć mają ich bohaterowie. Jako wielce epicką, oddziałującą na wyobraźnię „początkującego” dzikipolowca, polecam wyprawę 1683 roku na odsiecz wiedeńską. Oczywiście dobrze, aby się Starosta Gry przygotował jakoweś księgi na temat tejże wyprawy przeczytawszy. I niech się dzieje! Niech się w drodze z towarszyszami z chorągwi zwadzą nie raz, niech sami wymyślają jakoweś figle, jakie z nudów wyprawiają. Na ziemi Habsburgów takoż z niemiecką szlachtą wojsk sprzymierzonych wielki pan towarzysz niech sie wdaje, a jego pocztowi niechaj chronią swego towarzysza jak im polecił jego ojciec, który swym sumptem poczet ów wystawił. Niech bitwa pod Wiedniem będzie wielce epicką kulminacją, po której nastąpi swawola w mieście Wiedniu, a potem ciąg dalszy kampanii przeciwko Osmanom, choćby bitwa pod Parkanami. Ktoś uratował króla Jana III Sobieskiego, który przez swą nieostrożność omal nie wpadł w ręce wroga, czemuż nie mieliby to być nasi bohaterowie?

Co więcej, może nasi przebojowi bohaterowie otrzymają propozycję pozostania na służbie cesarza, by walkę przeciwko Osmanon na Węgrzech i dalej na Bałkanach kontynuować? Może wyjść z tego wielka epicka wojenno-obyczajowa kampania, jeno trzeba doczytać co nieco o wojnach Świętego Cesarstwa Rzymskiego z Imperium Osmańskim i zapoznać się z nastrojem osmańskich Bałkanów, by podróż tam wryła się w pamięć bohaterów równie głęboko jak wycieczki do Bośni i Hercegowiny w moją 🙂

I na tym jednym epickim husarskim pomyśle na rozgrywkę kończę część drugą cyklu. Zdaję sobie sprawę, iż wojenne wyprawy bardziej pasują do postaci męskich (albo idąc za nowomową gender do męskiej płci kulturowej i tradycyjnie przypisywanych jej ról 😉 ), ale mam także pomysły na obyczajowe przygody, gdzie kobiety grają główną rolę. Póki co postać niewieścia do pocztu należąca, by się nie nudzić w momencie toczenia bitwy, może się pod pocztowego husarskiego w naszej kampanii podszywać i w boju brać udział, jak jakaś Mulan dajmy na to 😉 Do usłyszenia w kolejnej odsłonie!

Przygody staropolskiej tworzenie cz. 1

Jegomość Witold zadał dni temu kilka pytanie czy spodziewać się można będzie scenariuszy pisanych typowo pod „Dzikie Pola” na mym blogu. Podejmuję zatem ten temat, bowiem wielce lubię tworzyć historie „dzikopolowe”, a jeszcze bardziej niż tworzyć „scenariusz”, lubię inspirować me towarzystwo zwane „graczami”, by wykreowali nietuzinkową drużynę bohaterów zwanych niekiedy „Swawolną Kompaniją”, a wówczas ciekawa historia wyłoni się sama z synergii losów ich postaci i mojej z nimi współpracy.

Dobrze zdaję sobie sprawę, że część osób blogiem mym zainteresowanych, z rozrywką ową zawoalowaną pod mianem „gier fabularnych” tudzież „gier wyobraźni” kontaktu żadnego nie miała, dla nich też po krótce wytłumaczenie zamieszczę nim dalej przejdę.

„Fabularne gry wyobraźni” to forma zabawy, w której kilka osób opowiada sobie historię pewnych wymyślonych postaci niczym gawędę, albo improwizowany teatr, w którym część osób ma przypisane do siebie indywidualne role, za których losy przede wszystkim odpowiada, podczas gdy druga część osób (a z reguły tylko jedna zwana „mistrzem gry” lub bardziej po staropolsku „starostą gry”) odpowiada za narrację otaczającego głównych bohaterów świata. Mam nadzieję, że dla osób pierwszy raz spotykających się z tego typu rozrywką, będzie to wstęp wystarczający, a na rozwinięcie przyjdzie jeszcze pora.

Przechodząc zatem do meritum, uważam, że najważniejsze to stworzyć najpierw jasną wizję drużyny jaką grać zamierzamy. Chciałbym by imć Witold, który pytanie zadał, wdał się ze mną w polemikę na temat tworzenia drużyny, zapraszam również wszelkie chętnie osoby do kontaktu na adres e-mail kontakt@dzikiepola.com, by podzieliły się swoimi przemyśleniami co do sposobu w jaki tworzą scenariusze i do dyskusji na temat mojego podejścia.

Zanim stworzymy drużynę pytam moich towarzyszy graczy o to jakich przygód oczekują, jakie historie sprawiają im po prostu frajdę. Dla jednych będzie to intryga, dla innych krwawa sieczka, a może dla odmiany ktoś inny zechce zgłębiać niuanse dawnego systemu prawnego wcielając się w rolę szczwanego lisa jurysty lub przebiegłego kupca z koneksjami na magnackich dworach lub w pałacu osmańskiego sułtana?

Tak jak w mojej działalności edukacyjnej po pierwsze stawiam na zainteresowania ucznia, by odpowiednio pomóc mu pokierować torem swej edukacji, tak też podchodzę do fabularnych gier wyobraźni – pragnę, by to jakich bohaterów, jaką drużynę stworzymy, nadało impet naszym przygodom. Obracam zatem pytanie imć Witolda jak tworzyć scenariusz w, uważam, znacznie ważniejszą kwestię – jak stworzyć ciekawą drużynę! A jako że bardzo lubię rozmowę, interakcję, wymianę doświadczeń, to zapraszam do dyskusji zadając pytanie: Jakiego typu przygód w klimacie Rzeczypospolitej Obojga Narodów oczekujecie? Jakie przygody przeżyliście, czego Wam brakowało, czego pragniecie doświadczyć, na jakie trudności napotykaliście się tworząc sceniariusze tudzież dyariusze? Jak tworzyliście postaci, jak tworzyliście drużyny, jak zapoznawaliście ze sobą bohaterów, albo jakimi więzami ich łączyliście, by tworzyli sensowną drużynę? Zapraszam do dyskusji, refleksji, wysyłania pytań! 🙂

Przywitanie wiosny

Zapraszam do lektury relacji z mych najnowszych przygód oraz dziękuję za wszystkie odwiedziny bloga i polubienia mego profilu na Facebooku!

Wielce ciekawym okazał się być tydzień miniony, a właściwie ostatnie 9 dni, chciałbym się tutaj wobec tego podzielić mymi wrażeniami i refleksjami.

We wtorek 12 marca miałem lecieć do Chin, ale sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, tak że podróż zakończyłem w Warszawie, a biesada była przednia! W międzyczasie zdążyłem na lipiec umówić się z Romanem przewodnikiem po Naddniestrzu (dość znany zeń już YouTuber!), by od dawnego pogranicza Rzeczypospolitej i Mołdawii rozpocząć sentymentalną podróż po Dzikich Polach. Odrębny artykuł o Dzikich Polach mam nadzieję już wkrótce.

Korzystając z niespodziewanej wizyty w Warszawie, umówiłem się z moim towarzyszem biznesowej doli i niedoli Łukaszem, by w środę 13 marca oddał mi w książkę autorstwa Andrzeja Dziubińskiego pt. „Na szlakach Orientu. Handel między Polską a Imperium Osmańskim w XVI-XVIII wieku”. Dużą część książki autor poświęcił Ormianom i ich losom, a parali się oni wszakże handlem pomiędzy Rzecząpospolitą a Persją, a czasami nawet i dalekimi Indiami. Ich awanturnicze przygody na szlakach handlowych to wspaniały temat na całą serię artykułów na mym blogu.

Dobre kilka lat trzymał tę książkę ów druh mój nicpoń, więc skoro nadarzyła się okazja, chciałem ją czem prędzej odzyskać. I w czasie oczekiwania na spotkanie natchnęło mnie!

Ta książka sprowadziła me zainteresowania na handlowe relacje dawnej Rzeczypospolitej, była dla mnie wielkim odkryciem, poszerzyła niesamowicie me horyzonty!

Pomyślałem wonczas czy w Warszawie jest li jakowyś ośrodek kultury ormiańskiej? Nie wiem czy zasługa była to porannej kawy czy innego olśnienia, w każdym razie sprawy potoczyły się dynamicznie, od wyszukiwania w internecie po krótki spacer i zadzwonienie do Fundacji Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich aż w końcu… bam! Po półgodzinnej podróży znalazłem się  w mieszkaniu pana Jana Abgarowicza, prezesa tejże fundacji! Dziękuję bardzo Panie Janie za miłe przyjęcie! Na załączonym obrazku publikacje jakie miałem możliwość zobaczyć u pana Jana, z których dużą część zakupiłem.

Niesamowite książki dla takiego pasjonaty niszowych zagadnień epoki staropolskiej jak ja
Kalendarz też dostałem przedni
Ta książka wybiegała poza mój główny obszar zainteresowań, choć tematyka żydowska jak najbardziej mnie pasjonuje

Rozmowa z panem Janem była bardzo interesująca, musimy się znów spotkać i omówić szereg ciekawych tematów. Jeśli czytelnicy mają jakieś pytania dotyczące Ormian lub handlu z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, chętnie o nich porozmawiam z panem prezesem fundacji i zdam relację na blogu, może nawet nagram cały wywiad. Najpierw przeczytam jednak to, co pan Jan mi udostępnił, bym mógł lepiej poznać mentalność ormiańską, co będzie też pewnie z korzyścią dla mej działalności kupieckiej. Mam wrażenie, że w głównym nurcie kultury polskiej ducha kupieckiego w ogóle nie ma. Całe szczęście od Chińczyków nabrałem już niemało mądrości biznesowej, a także od pochodzących z Izraela znajomych  handlujących w Chinach. Idąc także za duchem kupieckim, w mej zabawie w rekonstrukcję historyczną kompletuję sukcesywnie strój mieszczanina pruskiego z siedemnastego wieku, by nie tylko wojenny lud miał swą reprezentację na imprezach historycznych.

A skoro już zahaczyłem o Chiny, to pozwalając sobie na małą dygresję (a bo kto mi zabroni na własnym blogu czegokolwiek? 😉 ) – na liście mych spraw jest także przeczytanie książki poświęconej Michałowi Boymowi, jezuicie pochodzącemu z Polski, a działającemu w Chinach w XVII wieku. Na prezentację książki na jego temat w Gdańsku niestety nie udało mi się wyrobić.

Wracając zaś do spotkania z panem prezesem Fundacji Dziedzictwa i Kultury Ormian Polskich, to oprócz rozmów na temat ormiańskiej obecności we Lwowie oraz Kamieńcu Podolskim, udziale Ormian w dawnym handlu oraz dyplomatycznej służbie Rzeczypospolitej, dotknęliśmy również tematu książki pana doktora Radosława Sikory pt. „Husaria. Duma polskiego oręża”, którą swoją drogą miałem już okazję zauważyć w księgarni, choć nie zajrzałem doń nawet. Pan Jan był właśnie w trakcie lektury tej książki, a okazało się, że i ja nie mogę przejść obok niej obojętnie, bo oto kolejny raz stało się coś niesamowitego. Zaledwie kilka dni po wizycie u pana Jana, zupełnie niespodziewanie z „fejsbóczkowego” profilu mego elbląskiego pruskiego druha Piotra dowiedzałem się, że w poniedziałek 18 marca tenże doktor Sikora ma swe spotkanie autorskie na zamku w Malborku! Wola li to Opatrzności czy też mej podświadomej siły sprawczej, nie wiem, ale nie oddając się zbędnym dywagacjom nad Kołem Fortuny, udałem się pełen entuzjazmu, na przysłowiowym „spontanie”, stawić czoła intelektualnej przygodzie. Z resztą z mego Elbląga blisko do Malborka, raptem trzydzieści minut podróży autem i jestem na zamku u Wielkiego Mistrza. Załączam kilka zdjęć z tego spotkania. 

Wspólne zdjęciem z panem doktorem Radosławem Sikorą
Spotkanie o husarii u Wielkiego Mistrza
Zacne fotografie husarskich towarzyszy
Dedykacja od autora

Pan doktor Radosław Sikora bardzo ciekawie opowiadał, zadałem nawet kilka pytań, po których znać było, żem człek zainteresowany iście niszowymi tematami tj. status majątkowy towarzyszy husarskich prywatnych chorągwi magnackich – czyli jaka część z nich była posiadaczami własnej ziemi, a jaka dysponowała ziemią na zasadzie dzierżawy lub innej formy użytkowania magnackiej ziemi. Pan doktor odesłał mnie to prac naukowych pani profesor Urszuli Augustyniak, z którą miałem już przyjemność się trochę zapoznać czytając jej artykuł w pracy zbiorowej pt. „Patron i dwór. Magnateria Rzeczypospolitej w XVI-XVIII wieku.” Zapewne wiele osób nie rozumie dlaczego tak dalece ekscytuję się, gdy w me ręce wpada jakaś dogłębna monografia dotycząca bardzo niszowych tematów ze staropolskiego okresu, ale nie dziwię się im, bo ja tak naprawdę też nie mam pojęcia skąd u mnie taka właśnie pasja! 😀

Zmieniając zaś nieco temat, choć wciaż pozostając w Prusiech, to wspomnę, iż byłem nie tylko w Malborku, ale także we Fromborku, a był to czwartek 14 marca. Co więcej, pomimo zimnej pogody i remontu na wzgórzu katedralnym, zostałem wraz z moimi towarzyszami gorąco przyjęty przez pana Jędrzeja, właściciela dawnej wieży wodnej we Fromborku, dziś będącej kawiarnią, sklepem z pamiątkami oraz punktem widokowym na malowniczy Zalew Wiślany. Dzięki wielkie dla Grzegorza Kuczaby, który był zarówno moim jak i Jędrzeja nauczycielem nie aż tak dawno temu, bowiem to między innymi z Grzegorzem udałem się w tę podróż śladami Kopernika. Z racji nieprzyjemnej pogody zdjęciami widoków się nie pochwalę, ale mam za to coś innego! Zakupiłem zebrane dzieła Mikołaja Kopernika, szok! Kolejna niszowa publikacja trafiła w moje ręce, tomiszcze na prawie pięćset stron format bodajże A3 napisane łaciną i tłumaczone na język polski! Dzięki wielkie dla Fundacji Nicolaus Copernicus za kolejną okazję, bym odchudził mą sakwę.

„Husaria” dla porównania rozmiarów
Rozprawa Kopernika z dziedziny geometrii, a dokładniej mówiąc z trygonometrii, czyli omówienie trójkątów, to dopiero intelektualne katharsis dla niszoholika 😉

Mam nadzieję niebawem zawitać do Fromborka ponownie, zrobić trochę zdjęć przy ładnej pogodzie, a do tego zacząć publikować video blog, do którego póki co czynię próbne nagrania.

Dziś natomiast, na przywitanie wiosny astronomicznej, odwiedziłem nasz pruski Gdańsk udając się na targi branży bursztyniarskiej. Spotkałem się z moimi znajomymi z Danii (Michelle poznałem dziesięć lat temu podczas wspólnych studiów w Chinach, ot koleje losu!), i nie byłbym sobą, gdybym nie opowiedział im o dawnym Gdańsku, jego roli dla Rzeczypospolitej oraz związkach z Danią – nawet nazwa Gdańska może mieć swój duński źródłosłów. Historii handlu bursztynem już też poświęciłem trochę czasu, choć właśnie okres pomiędzy drugim pokojem toruńskim oraz hołdzie pruskim a zaborami wciąż jest dla mnie mało znany. Szukam niszowych pozycji o zmianie prawodawstwa krzyżackiego dotyczącego wydobycia bursztynu  po 1466 roku na terenie Prus Królewskich oraz po 1525 roku po sekularyzazji zakonu krzyżackiego w Prusach Książęcych. Ktoś zapyta może po co mi to, a ja wówczas odpowiem snując opowieść o wizji gangsterskiego scenariusza na film lub książkę osadzonego w realiach siedemnastowiecznych pruskich miast, gdy szwedzka armia atakuje, zmieniają się relacje w lokalnych układach polityczno-biznesowo-mafijnych, i różne frakcje walczą o kontrolę nad intratnym handlem złotem Bałtyku. Czy ormiańscy kupcy ze Lwowa dostaną na czas towar, na jaki czekają ich klienci w Konstantynopolu? Pomysłów na pasjonujący film lub nawet grę osadzoną w naszych dawnych realiach można wymyślić bez liku, a nie muszą być one przecież w stu procentach historyczne. Luźno związana z historią awanturnicza opowieść może zebrać szerokie rzesze fanów i przyciągnąć uwagę turystów z całego świata na Bursztynowe Wybrzeże. 

Taki bursztynowy okręt skłonił mnie do refleksji nad kupieckim kosmopolitycznym duchem Gdańska

Kończąc tę dzisiejszą opowieść o podróżach i przemyśleniach ostatnich kilku dni, zwracam uwagę na to jak dużo ma do zaoferowania historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która spłycana bywa często do jeno losów szlachty i wojen. Czy to właśnie taka postawa mogła być powodem wypalenia się formuły gry fabularnej „Dzikie Pola. Rzeczpospolita w ogniu”? Można spojrzeć na krainę naszych przodków na wiele różnych sposobów, z różnych kątów, odnajdując tam jak najbardziej wiele ciekawostek związanych ze światem biznesu, choć wtedy nawet jeszcze nie znano u nas tego słowa 😉 Wędrując od ormiańskiego Kamieńca i Lwowa po niderlandzko-pruski kosmopolityczny Gdańsk, można obok obrosłej w mity szlachty odkryć zupełnie inny tętniący życiem świat.

Dywagacje o „kobiecie”

Napisać miałem o inspiracji „dniem wczorajszym”, ale widzę po nocnej godzinie, iż zacząć należy trochę inaczej, a zatem jeszcze raz 😉

Dzień przedwczorajszy, we współczesnym polskim języku Międzynarodowym Dniem Kobiet zwany, zainspirował mnie do przyjrzenia się sprawie ewolucji języka, a właściwie zmiany znaczenia i wydźwięku pewnych słów. W polszczyźnie sprzed czterech stuleci nikt nie ośmieliłby się oficjalnie na takie nazwanie święta wypadającego ósmego marca, ba! w Rzeczypospolitej szlacheckiej elita nie dopuściłaby zapewne w ogóle do nadania oficjalnego statusu świętu o komunistycznym rodowodzie (dla tych, którzy nie znają powodu ustanowienia ósmego marca Dniem Kobiet – w 1917 roku tegoż dnia miały miejsce w Rosji kobiece strajki, a już po obaleniu cara władze sowieckie nadały mu status święta państwowego, od 1965 roku wolnego od pracy, choć pierwszymi promotorkami święta kobiet były działaczki Socjalistycznej Partii Ameryki).

No właśnie, cóż zatem oznaczało słowo „kobieta”, o które się tutaj rozchodzi? Co do dokładnej etymologii, jak się okazuje, nie ma pewności, bo na przykład tłumaczenie Aleksandra Brücknera zawarte w Słowniku etymologicznym języka polskiego, jakoby słowo to pochodziło od staropolskiego wyrazu „kob”, czyli „chlewa” i było spokrewnione z „kobyłą” budzi kontrowersje wśród językoznawców. Tak czy owak, źródła poświadczają obraźliwy charakter słowa „kobieta”, choć używane jako obelga było pośród szlachty i mieszczan.

I tak sobie myślę, że słowo „kobieta” przejść mogło swoją ewolucję podobną do wyrazu „chłop”, który był w czasach państwa szlacheckiego również swoistą obelgą, a podobno wywodził się do tego od słowa określającego niewolnika! I tak jak poprzez emancypację ludności wiejskiej w XIX/XX wieku chłop nabrał neutralnego znaczenia do tego stopnia, że Polskie Stronnictwo Ludowe otwarcie mówiło o obronie interesu chłopów, a słowo „kmieć” zupełnie wyszło z użycia, i tak też moim zdaniem było z prostą pospolitą pochodzącą z ludu „kobietą”, która w miarę rozszerzania się polskiej tożsamości ogólnonarodowej na lud (Sarmata rzekłby „o tempora o mores!, gdzie Naród gdzie chamy!?”) wyparła „szlachetniejsze” niegdyś „białogłowy i niewiasty”.

Tak sobie zatem myślę, że słowo „kobieta” bardzo dobrze oddaje ducha pierwszych promotorek tegoż święta, bowiem ma w sobie ten „spracowany po łokcie w pocie czoła” ludowo-robotniczy wydźwięk. I to właśnie ludowe wiejskie konotacje tego słowa, niekoniecznie z jakimkolwiek chlewem powiązane, było samo przez się obrazą dla pań szlachcianek lub nieźle sytuaowanych mieszczanek. Z resztą do dziś negatywny sens zachowała „kobieta” przynajmniej w części dawnej Rzeczypospolitej: południowo-zachodnio-huculskiej części dzisiejszej Ukrainy, bom srogie zdziwienie wywołał u mej przyjaciółki pochodzącej z tamtych stron, gdym rzekł jej podczas naszych studiów w dalekich Chinach, że „kobieta” to właśnie to nasze normalne słowo na płeć piękną.

Ponadto omawiając kwestię „kobiety”, warto zwrócić uwagę na słowo „żona”, które to z ogólnego określenia na dojrzałe osoby płci pięknej, jak to dalej ma miejsce w innych językach słowiańskich (jak choćby w mych ukochanych południowosłowiańskich językach), w polszczyźnie nabrało stricte znaczenia osoby w związku małżeńskim z mężem, który też niegdyś był – nomen omen – po prostu dorosłą osobą płci męskiej. Pomimo tego, w określeniu nazwy płci oraz rodzaju gramatycznego wciąż używamy przymiotnika „żeński”, a określenie „kobiecy” ma zgoła inny subtelniejszy wydźwięk, dajmy na to „kobiecy wdzięk”.

Ciekawa jest też sprawa słowa „wiedźma”, którego historia równie burzliwa jak „kobiety”, tylko że w drugą stronę – od normalnego do obelżywego, ale o niej później. Inne słówka, jakim być może kiedyś poświęcę nieco czasu i atramentu, to na przykład impreza, harce i swawole (jakaż dobrana para!) oraz crème de la crème – tak wulgarny dziś kutas – kto czytał „Pana Tadeusza”, ten wie o czym mowa 😉

Szczególnie pragnę podziękować za wkład w poszerzanie mych horyzontów oraz wiedzy specjalistycznej Poradni Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego za swój wpis o „kobiecie” na swym profilu Facebook z dnia 7 marca 2013 roku https://www.facebook.com/por.jez.ijp.us/photos/jaka-jest-etymologia-wyrazu-kobietaustalenie-pochodzenia-tego-wyrazu-jest-niezwy/275667105898872/ oraz twórcom treści internetowej strony Słownika Języka Polskiego Polskiego Wydawnictwa Naukowego dostępnej pod linkiem https://sjp.pwn.pl/ciekawostki/haslo/kobieta;5757019.html, jak również autorom artykułów na Wikipedii o historii Dnia Kobiet i ruchów feministyczno-komunistycznych.

Azjatka z dawną bronią palną niemałych rozmiarów
Kozaka ustrzeliła z półhaka
Za „kobietę” obrażona taka

Zdjęcie z czasów imprezy historycznej w Zamościu
(ta pani z pistoletem też już przeszła do historii,
ale za to zdjęcie jakież zostało mi zacne!)

Entuzjazm przede wszystkim

Wczoraj byłem w Gdańsku na spotkaniu z Andre Sternem (https://www.andrestern.com/pl/home.html), francuskim pisarzem, muzykiem, kompozytorem… po prostu prawdziwym humanistą, osobą, której poglądy można by streścić jednym cytatem, podobno autorstwa Henryka Sienkiewicza: „prawdziwym powołaniem człowieka jest to tylko, do czego upodobania i zdolności go pociągają”.

Zgadzam się z Andre Sternem i Henrykiem Sienkiewiczem w tej materii. Pełen entuzjazmu podchodzę do mego blogu, rozmawiam o różnych pomysłach na jego rozwój, tematach na wpisy, a nawet video blogu. Widzę gdzie powinienem douczyć się w obsłudze technologii i sprawia mi to radość, bo z wielką radością odbieram możliwość nauczenia się czegoś nowego. Szukam najlepszej wtyczki do włączenia usługi newslettera, przeglądam również inne wtyczki, które mogą okazać się użyteczne.

Dziś idąc za głosem serca w poszukiwaniu inspiracji rozmawiałem z panią doktor Adrianną Adamczyk-Świechowską, wielką znawczynią twórczości i życia Henryka Sienkiewicza (http://sienkiewicz.al.uw.edu.pl/adrianna-adamek-swiechowska). Spotkałem się również z mym przyjacielem operatorem drona, by porozmawiać o pomyśle wyprawy śladami Trylogii, poczynając od relacji z miejsc znanych z kart Ogniem i Mieczem. Mam znajomych na Ukrainie, tytuł bloga to, bądź co bądź, DZIKIE POLA, tym bardziej podróż na dawne wschodnio-południowe rubieże dawnej Reczypospolitej Obojga Narodów i zobaczenie na własne oczy terenu dawnych Dzikich Pól, jest nieuniknione. Swoją drogą obejrzałem wczoraj trailer ukraińskiego filmu pt. „Dzikie Pola” o współczesnych realiach Donbasu, zapowiada się ciekawie.

Tak czy owak, dopóki nie wyruszyłem jeszcze w żadną daleką sentymentalną podróż ku Dzikim Polom, zamierzam wypożyczyć książkę ukraińskiej historyczki pani profesor Natalii Jakowenko o Historii Ukrainy do 1795 roku, odświeżyć wiedzę oraz dowiedzieć się czegoś nowego o Rzeczypospolitej z innej persketywy. Czytałem dobre opinie o tej książce, a że mam u siebie jedną pozycję autorstwa pani Jakowenko, to wierzę tym bardziej pozytywnym recenzjom.

I na koniec przyznaję, że nie wiem jeszcze jak wyjustować ten tekst na blogu, widzę tylko wyrównanie do lewej, środka lub prawej, ale nie zrażam się, może kiedyś znajdę właściwą opcję… Jako miłośnik ciągłych dygresji pewnie bym coś jeszcze dodał, ale muszę kończyć, bo za kwadrans prowadzę zajęcia z języka chińskiego 😉

 

Początki zabawy w rekonstrukcję historyczną
kompletuję już nowy lepszy strój, koszula, wams i pludry uszyte, a w sprawie butów właśnie przesłałem zapytanie

Czołem Waszmościom!

Ruszam niniejszym z nową odsłoną strony DzikiePola.com. Moja historyczna pasja, zainteresowanie dawnymi dziejami, przywiodły mnie w końcu do wynalazków najnowszych czasów. Krok po kroku poznaję różne sposoby publikowania swych przemyśleń we wciąż zagadkowym dla mnie Internecie.

Minęły już ponad trzy lata odkąd podkupiłem domenę DzikiePola.com (twórcy gry „Dzikie Pola” dali mi ku temu szansę nie opłacając jej na czas). Prawie dwa lata temu zacząłem publikować na Facebooku jako blog osobisty DzikiePola.com, dość nawet regularnie, jednocześnie zakładając również blog pod adresem http://dzikie-pola.blogspot.com/ – tam już niestety nie pojawiło się nic poza postem w dwudziestą rocznicę wydania Szlacheckiej gry fabularnej „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”.

Teraz zaś, na nowej platformie, na wyższym poziomie wtajemniczenia, choć wciąż daleko od swobodnej biegłości posługiwania się narzędziami tworzenia stron internetowych, zamierzam regularnie publikować treści dotyczące tematyki siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej, jej historii, obyczajów, ciekawostek oraz wszelakiej literatury oraz gier z nią związanych, rzecz jasna z „Dzikimi Polami” na czele.

Mam nadzieję, że treści przeze mnie publikowane okażą się interesujące i pomocne, a może uda się także z twórcami ulubionych mych „Dzikich Pól” zrobić razem coś „fajnego”. Pamiętam jak w rodzimym mym Elblągu w 2008 roku (choć może 2007, dalibóg nie jestem teraz pewien!) podczas lokalnego konwentu fantastyki prowadziłem spotkanie z imć Jackiem Komudą, a potem w gronie najzagorzalszych fanów biesiadowaliśmy do rana. Miło by było znów się spotkać, może nagrać rozmowę i udostępnić w formie podcastu? Z kilkoma innymi twórcami zarówno pierwszej, jak też drugiej edycji „Dzikich Pól” również jestem w kontakcie i mam nadzieję, że znajdą chwilę na rozmowę, by podzielić się swoimi wspomnieniami oraz przemyśleniami na temat Szlacheckiej gry fabularnej „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”. A jak Bóg pozwoli, to i w nową grę w dzikopolowym klimacie przyjdzie nam zagrać. Choćby miała być to jeno gra planszowa, to przy dobrym projekcie, ciekawym pomyśle, mogłaby zyskać szerokie grono fanów. Zagranie w grę planszową jest, bądź co bądź, łatwiejsze niż wczucie się w grę fabularną.

Kończąc niniejszym mój pierwszy wpis na nowym blogu, proszę o wszelkie komentarze, opinie i sugestie co do dalszych wpisów oraz samej formy moich publikacji. Hajda zatem na Dzikie Pola!

Kolekcja ma dzikopolowa, sam nie wiem skąd mam tyle kopii drugiej edycji. Każdy Pan Gracz i Pani Graczka mają u mnie swój egzemplarz na Biesiadzie 😉
Jedyny wpis na starym mym blogu