Wielka Legacja Wojciecha Miaskowskiego 29 februarii – środa

Jegomość Wojciech dziś także niewiele napisał, ale jutro to już będzie się działo! Swoją drogą spójrzcie jak żeśmy trafili – u nas w 2020 roku i u niego w 1640 roku, tak samo wypada rok przestępny! Tylko dni tygodnia nam się nie zgadzają 😉

Przebyliśmy Prut lodem jeszcze, ale złym i dziurawym barzo. Nocleg tamże zaraz nad Prutem we wsi Radyjowcach. Mil cztery*.

*Mila podolska = 10480 m, mila wołoska = 5853 m

II 2020 Wielka Legacja Wojciecha Miaskowskiego do Turcji w 1640 roku!

Zaczynam oto cykl wpisów z dyariusza podróży imć Wojciecha Miaskowskiego posła Rzeczypospolitej w 1640 roku do Imperium Osmańskiego posłanego.

Tytuł dzieła brzmi Dyariusz legacyjej do Turek Wojciecha Miastkowskiego, podkomorzego lwowskiego, w którym się opisują instrukcyje od Króla mu i hetmana dane, droga od wyjazdu z Kamieńca aż do powrotu, relacyja tego poselstwa, listy, responsa i wszytko, cokolwiek do tego aktu należy, ut sequitur.

Pierwszy dzień podróży będzie 28 lutego!

Książki zacnej okłada zębem czasu dotknięta

I 2020 Dzikie Pola: Epidemia? ;)

A gdyby tak zagrać przygodę w czasach, gdy morowe powietrze zbiera swe śmiertelne żniwo, choćby w dobie straszliwego Potopu kozacko-moskiewsko-szwedzkiego? 😉

Oczywiście myśl ta mnie naszła w związku z epidemią chińską „wirusa w koronie”, na który to temat nawet zrobiłem małe rozpoznanie rynku maseczek chirurgicznych, które z Polski wyssało na chiński rynek.

trochę żart, a trochę jednak dale do myślenia

Jest też ciekawa pozycja książkowa poświęcona epidemiom w historii. Zjawisko wielce życiowe, choroby towarzyszą ludzkości wszakże od zawsze (tudzież od wygnania z biblijnego raju 😉 ). W różnych grach fabularnych w mrocznych klimatach fantasy zdarzały się epidemie, zatrute studnie i temu podobne. W science-fiction również motyw był to wykorzystywany. Zatem może i w grze historycznej tudzież historią inspirowanej wątek epidemii doda dramatyzmu rozgrywce swawolnej kompaniji.

Książka ciekawa i aż 100 funtów brytyjskich kosztująca!

		

XII Dzikie Pola: Kolonizacja tudzież staropolskiej przygody tworzenia ciąg dalszy

Miałem pisać jakieś podsumowanie roku, ale pal licho, po co komu kolejne rozczulanie się i rozliczanie, przejdźmy lepiej to tematyki gry fabularnej „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, mam bowiem pewne świeże przemyślenia jej dotyczące, a konkretnie rozwinięcia rozgrywki o sprawy kolonizacji Dzikich Pól, poszerzania się „cywilizowanego osadnictwa” i ładu państwowego w głąb dziczy.

Jestem świeżo po lekturze podręcznika do amerykańskiej gry fabularnej „Aces & Eights”, która daje graczom szansę wczuć się w osoby żyjące na skraju cywilizacji w Ameryce Północnej w drugiej połowie XIX wieku. Jest to gra realistyczna, nie to co „Deadlands” mieszające konwencję Dzikiego Zachodu z horrorem, niemniej jednak zakłada alternatywną linię historyczną. Nie tylko przebieg wojny secesyjnej był inny niż w rzeczywistości – co sprawia, że mamy do czynienia z istnieniem zarówno USA jak i CSA (Skonfederowane Stany Ameryki). Autorzy pogrzebali przy historii trochę głębiej, przez co istnieje w uniwersum gry niepodległa Republika Teksasu, a terytorium Meksyku wciąż obejmuje Kalifornię i inne stany, jakie w rzeczywistości Meksyk utracił na rzecz USA w 1848 roku.

No i właśnie pomyślałem sobie, że w naszych rodzimych „Dzikich Polach” także możemy sobie założyć realia, które dadzą nam z jednej większe pole do prowadzenia przygód awanturniczo-ekonomicznych (czyli bohaterowie graczy budują swoje majątki na pograniczu Dzikich Pól), a jednocześnie pozwolą unikąć oczekiwania przez biegłych w wiedzy historycznej graczy wydarzeń zgodnie z linią historyczną naszej rzeczywistości.

Jest kilka możliwości alternatywnej historii, które możemy wykorzystać na potrzeby naszej rozgrywki, o których za chwilę. Najpierw jednak wspomnę, że już kiedyś Jegomość Michał Mochocki, współtworca drugiej edycji gry „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, w miesięczniku Portal miał swój cykl pt. „Nowe Dzikie Pola”, później zwany „Dzikie Pola: Posesjonat”, który rozszerzał mechanikę gry właśnie o kwestie gospodarcze prowadzenia szlacheckiego folwarku. Ja w tym wpisie idę po tej lini „Posesjonata”, skupiając się jednak głównie na karierze bohaterów na terenach Ukrainy, przy jednoczesnym rozszerzeniu tematyki o postaci „nieszlacheckie”. Z drugiej zaś strony, nie mówię póki co o mechanice, która dla choćby wypasu bydła w „Aces & Eights” jest nieźle rozbudowana, ale skupiam się póki co na potencjalnych realiach, w jakich rozgrywkę można umieścić.

A zatem, po pierwsze, możemy po prostu zacząć od roku 1638, gdy po powstaniu Ostranicy i Huni zapanował „złoty pokój” – czas intesywnej kolonizacji dziewiczych rejonów Ukrainy. Kres temu okresowi położyło powstanie Chmielnickiego w 1648 roku. Tutaj zaś, można historię zmodyfikować tak, aby powstanie nie powiodło się lub do niego nie doszło, aby kolonizacja trwała dalej nieprzerwanie, a niepokoje i problemy społeczne naturalnie wciąż się nawarstwiały, tyle że już bez możliwości sprawdzenia przez graczy w podręczniku do historii co będzie za miesiąc się działo 😉

Oczywiście, po drugie, można także zaczynać po takim nieudanym powstaniu lub śmierci Chmielnickiego zduszonego przez służbę swego wroga Czaplińskiego w stepie. Można przemyśleć kilka sposobów ominięcia nieszczęścia 1648 roku, najważniejsze rzecz jasna, by zapewnić sobie warunki do prowadzenia „Dzikich Pól: Kolonizacji” zamiast „DP: Rzeczypospolitej w ogniu”.

Swoją drogą, pomimo chwytliwego podtytułu, w podręczniku nie zauważyłem tego „ognia”, nie było też „posesjonata” w duchu publikacja imć Michała Mochockiego. Ja bym raczej podsumował podręcznik gry jako „Dzikie Pola: SWAWOLNA KOMPANIA” 😉 Oczywiście ewentualna rozgrywka rozpoczynająca się od powstania Chmielnickiego i przeprowadzona przez wszystkie straszliwe wojny okresu 1648-1699 to jak najbardziej dobry, choć może zbyt monotonny „setting”, który można nazywać mianem „Rzeczypospolitej w ogniu”.

Wracając jednak do „DP: Kolonizacji”, inną opcją może być głębsze pogrzebanie w historii, żeby na przykład dalej rządzili Jagiellonowie, ale to też wymaga przemyślenia skomplikowanych kwestii unii lubelskiej i innych szczegółów. No ale właśnie szukałem sposobu jak obronną ręką wyprowadzić Rzeczpospolitą z wojny z Moskwą w latach 1660-1667 tak by nie traciła ona Lewobrzeżnej Ukrainy i można było dalej prowadzić kolonizację po okresie krwawej wojny, a właśnie nieumiejętna polityka dworu Jana Kazimierza po polskich sukcesach militarnych doprowadziła do tak haniebnego rozejmu w Andruszowie w 1667 roku, utraty Smoleńska, Kijowa i dużej części Ukrainy. I może właśnie pokombinowanie z inną sytuacją na dworze, inną linią dynastyczną, dałoby odpowiedni efekt? Tylko że zmiana historii tak głęboko, by Jagiellonowie dalej panowali w 1667 roku aż prosi się o przeniesienie rozgrywki do XVI wieku, na sam początek alternatywnej linii historycznej.

Tak czy owak, głównym celem jest tutaj uzyskanie pewnych „stabilnych” realiów rozgrywki, naszego „Dzikiego Wschodu”, na którym bohaterowie zarówno szlachty, jak również prostych Kozaków, a nawet mieszczan lub Żydów (aż się prosi o rozszerzenie „Dzikie Pola: Żydzi” ! 😉 ) chcą budować swoje nowe życie. Tutaj zaś mamy całą gamę możliwości: zakładanie swego dworu tudzież chutoru; branie ziemi w dzierżawę od wielkich posiadaczy ziemskich lub walka o zachowanie swego dzikiego kawałka ziemi w konfrontacji z magnatem (popularny konflikt na linii Kozak-magnat); służba przy przepędzaniu bydła i koni z Ukrainy hen przez Ruś Czerwoną, Małopolskę aż do Śląska (przygody iście w stylu amerykańskich kowbojów ze wspominanej dziś gry „Aces & Eights”! ); działalność handlowa, rzemieślnicza; służba u możnego pana jako ekonom, dworzanin, żołnierz; posługa duchownego, może jako orędownik unii prawosławia z papiestwem, albo może wręcz przeciwnie obrońca niezależności prawosławia, może nawet jako nauczyciel słynnego Kolegium Kijowsko-Mohylańskiego, czyli pierwszego nowoczesnego kolegium prawosławnego na modłę jezuicką utworzonego w 1632 roku w Kijowie. Naturalnie jako Kozak można sobie jeszcze spędzać czas na polowaniu, łowiectwie, połowie ryb, a od czasu do czasu na jakąś bliższą lub dalszą wojenną awanturę wybrać się z innymi mołojcami. Z resztą, zwykli rzezimieszkowie i wszelkiej maści przestępcy jak najbardziej też mogą znaleźć na Ukrainie swoje miejsce, a dobrym przyczynkiem do ich przygód może być jedna z książek w mej biblioteczce pt. „Złoczyńcy. Przestępczość w Koronie w drugiej połowie XVI i w pierwszej połowie XVII wieku”.

To dopiero początek rozważań nad tematem kierunku rozgrywki w klimacie „Dzikie Pola: Kolonizacja”. Myślę już jak lepiej dać zabłysnąć osobom realizującym się w „tradycyjnie kobiecych rolach społecznych tamtego okresu” 😉 Tak czy owak, zajrzę najpierw sobie do twórczości Jegomości Michała Mochockiego w „Portalu” sprawdzić co tam dokładnie w cyklu „Nowe Dzikie Pola”/”Dzikie Pola: Posesjonat” proponował, jak również poczytam więcej o działalności kolonizacyjnej magnaterii, powstawaniu nowych miast na Ukrainie w XVII, o życiu gospodarczym tamtego okresu itd. Póki co mam bardzo szczątkową i ogólną wiedzą na temat hodowli bydła i koni w tamtych realiach, a to może być bardzo ciekawy temat dla zarówno wprowadzenia elementów gry ekonomicznej do rozgrywki, jak również zachowania awanturniczego charakteru rozgrywki staropolsko-ruskimi „kowbojami” 😉

XI Targi Gry i Zabawa, czyli o „opłacalności Dzikich Pól” słów kilka…

W dniach 23-24 listopada 2019 roku odwiedziłem Targi Gra i Zabawa, gdzie miałem przyjemność porozmawiać ze współautorem drugiej edycji „Dzikich Pól: Rzeczypospolitej w ogniu” Arturem Machlowskim. Zapraszam zatem na relację z naszej rozmowy okraszoną kilkoma zdjęciami ze stoiska firmy Cobi, Jegomość Artur służy bowiem teraz na dworze tej zacnej kompaniji jako oficyjer wysokiego szczebla zwany z zagraniczna mianem „Brand Manager” 😉 Z resztą jemu tom podkupił domenę DzikiePola.com, ale po cóż miałby trzymać kilka srok za jeden ogon 😉


Jegomość Artur ARTUT Machlowski niczem hetman wielki koronny
komenderujący pancernemi hufcami

I cóż rzekł Jegmość Artur? A no to, że uwielbia klimat Dzikich Pól i Rzeczypospolitej szlacheckiej, że grywa czasami w „Dzikie Pola”, ale nie jest to dlań opłacalna tematyka. Dlatego też w firmie Cobi zajmują się modelami z drugiej wojny światowej, a nie modelami husarii. I tak jak wielce by chciał Jegomość Artur zobaczyć husarię spod sztandaru Cobi, to w tym samym czasie zamiast koników i jeźdzców z kopiami fabryka wyprodukuje modele czołgów niemieckich Tygrys, które zejdą w dwadzieścia razy większym nakładzie niż zeszłaby najwspanialsza formacja kawaleryjska w dziejach ludzkości!

Choć nie husaria, toć wciąż zacna jazda

Zrozumiała zatem jest w pełni polityka firmy Cobi, której fabryka pracuje już i tak pełną parą, fani ich klocków z najdalszych zakątków świata wyczekują nowych modeli czołgów, samolotów, czy okrętów wojennych. Niebawem zwiększyć się mają o 30% moce produkcyjne fabryki klocków, tak dobrze im bowiem idzie interes! A ja prowadząc niesystematycznie blog ten hobbystyczny klepię biedę niczem szarak jakowyś, zamiast jak kniaź klockowy zająć się czymś intratniejszym. Choć w sumie, przecież dla złociszy pozyskania zacząłem się zajmować projektem z dziedziny robotyki z Kitajcami za pan brat 😉

Hufce pancerne wroga budzą podziw

Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak jeno błogosławić i życzyć wszelkiej pomyślności polskiej marce Cobi. Niechaj rosną w siłę, a Jegomości Arturowi żyje się dostatnie! Obyś zbił Mości Arturze magnacką fortunę na klockach, a za zgromadzone złocisze wypuścił kiedyś serię klocków z husarzami, pohańcami, mołojcami i inszemi pludrakami ku uciesze dzieci, jakoż i ojców ich po wsze czasy dziecinnych 😉

Pojrzyj dziewczę na tę lufę, ać ja pobrusza

XI Sarmatów bracia Persowie

Odniosę się poniżej do filmu, którego obejrzenie Waszej Miłości sugeruję, zanim do słowa mego pisanego przejdziesz poniżej 😉

Przyjaźń brzmi pięknie, ale opisie filmu to nieźle pojechali z ty m nazizmem…

Piszę o tym filmie, bo szczerze mówiąc w listopadzie nie nagrałem nic swojego, a lubię kontrowersje wszelakie. Tak się złożyło, że trafiłem akurat na dość świeży temat relacji polsko-irańskich w kontekście finansowych roszczeń żydowskich wobec Rzeczypospolitej Polskiej, więc wtrące swoje trzy grosze 😉

Co Polacy wiedzą o Iranie? Kraj ten jest w Polsce dużo mniej znany niż Polska w Iranie. Wiele osób powie brzydko, że to jakieś „ciapaki”, „araby” itp., a to przecież kraj starożytnej cywilizacji, którą fascynowała się szlachta polska, czująca z Iranem z resztą pokrewieństwo – toć Sarmaci i Persowie z jednego pnia wyszli i ze sobą sąsiadowali w zamierzchłej przeszłości! Ze względu jednak na politykę czasów najnowszych, na rewolucję przeprowadzoną przeciwko władzy irańskiego szacha (króla) w latach siedemdziesiątych i związaną z tym izolacją Iranu przez USA na arenie międzynarodowej, Polacy tak mało wiedzą o tym dużym i starożytnym państwie gdzieś między Irakiem a Afganistanem. Żeby krótko zaś scharakteryzować ten kraj, można określić go słowami mego kolegi ze studiów, który tam często bywa: Iran to taki Pe-eR-eL z filmów Barei, tylko że w muzułmańsko-socjalistycznej konwencji 😉

Ludzie z Iranu są rzeczywiście Polakom przyjaźni, są gościnni dla turystów z Polski jak nasze babcie i prabacie dla swoich wnucząt (zjedz mięso, zostaw ziemniaki!), a władza jest jednak bądź co bądź trochę mniej zamordystycznie muzułmańska niż Arabia Saudyjska, która tym się różni od Iranu (oprócz kwestii różnic teologicznych sunnizm/szyizm), że zamordyzm religijny Saudów jest monarchistyczny, a w Iranie jest bardziej socjalistyczno-bareistyczny. Co jeszcze jest ważne, a ważniejsze od różnic religijnych między nimi, to że Saudowie są sojusznikiem USA, a zatem także Izraela, czyli Polski bądź co bądź również, natomiast Iran jest ich przeciwnikiem, bardzo z resztą asertywnym w polityce zagraniczej. Swoją drogą, czy wiesz Drogi Czytelniku, że książęta z Arabii Saudyjskiej uczęszczają na polską uczelnię wojskową we Wrocławiu? 🙂 https://wiadomosci.wp.pl/ksiazeta-z-arabii-saudyjskiej-szkola-sie-w-polsce-na-zolnierzy-6302294954444929a

Natomiast użycie terminu „nazizm” w opisie filmu jest, uważam, nie na miejscu. Pamiętajmy, że choć pokazani są w filmie „zwykli Irańczycy”, z pewnością stoi za nimi współczesny interes polityczny i chęć przeciągnięcia emocji Polaków na swą stronę, zwrócenie Polaków przeciwko Izraelowi. Oczywiście można mieć dużo uwag co do działania Izraelczyków wobec ludności arabskiej i ich polityki zagranicznej, ale są uważam pewne granice, których przekroczenie, tak jak użycie słowa „nazizm”, powoduje skreślenie rozmówcy z poważnej dyskusji. Najlepiej po prostu nie stawać po żadnej ze stron w dzisiejszym rywalizacji Izrael-Iran.

A co do wspomnianej w filmie pomocy udzielonej Polakom przez Iran w latach drugiej wojny światowej, to pamiętajmy, że wielu było polskich Żydów pośród Polaków, którzy uszli z generałem Andersem z sowieckiej ziemi, by potem podczas pobytu Andersa w Palestynie pozostać tam (zdezerterować z polskiego korpusu) dla budowy państwa żydowskiego. Ale czy to coś właścwie zmienia? Czy wdzięczność w ogóle coś znaczy w polityce? No właśnie wdzięczność nic nie znaczy, ale często jest używana jako narzędzie oddziaływania na emocje prostych mas. Tym, co się liczy, jest aktualny interes – włodarze Izraela bardzo dobrze to rozumieją.

O czym też nie można zapominać, to że Iran z 1942 roku, który pomagał Polakom i Żydom, nie był tym samym rewolucyjnym muzułmańskim „PRL”, który rywalizuje dziś z Izraelem i Arabią Saudyjską wysyłając drony do atakowania rafinerii naftowych przeciwnika. https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/607703,arabia-sudyjska-atak-drony-rafineria-koncern-aramco.html

W 1942 roku wciąż panowała w Iranie monarchia, a religia muzułmańska słabła, społeczeństwo robiło się coraz bardziej świeckie i kosmopolityczne. Co ma to wspólnego z dzisiejszą rządzącą ideologią Iranu? 1942 i 2019, to dwa różne oblicza Iranu. Dziś Iran ma tak samo za uszami jak Izrael, a jednocześnie z Persami i Żydami Polaków łączą wielowiekowe relacje. Z Żydami może bardziej skomplikowane, ale przecież ci żyli obok Polaków na jednej ziemi przez stulecia, a z Persami nasi przodkowie rozeszli się w różne strony świata zapewne tysiące lat temu. Z resztą, to że istnieje Państwo Izraela tam, między Morzem Śródziemnym a rzeką Jordan, jest także zasługą Polski, która aktywnie wspierała i szkoliła żydowskich bojowników jadących do Palestyny wykroić sobie własne państwo.

Wiele wspólnych prastarych tradycji łączy nas potomków Sarmatów i dzisiejszych Irańczyków, choćby obyczaje wielkanocne, wywodzące się ze święta wiosennej równonocy będącej po dziś dzień Nowym Rokiem dla Irańczyków. Podobieństwa mają też Polacy z Kurdami, ale przecież jeszcze większe z poczciwymi Białorusinami, ale jak się zastanowić, to także z Ukraińcami, Rosjanami, dzisiejszymi Litwiami, czy nawet Niemcami… No i jakoś ta bliskość obyczajów, religii i kultur między Polakami a sąsiadami nie przeszkadzała w toczeniu krwawych wojen między sobą, z Iranem mieliśmy po prostu to szczęście, że na wojowanie z nimi było zbyt daleko 😉

Tak czy owak, dobrze jest poszerzać horyzonty, a interesując się pierwszą Rzeczpospolitą, warto zwrócić uwagę na jej relacje nie tylko z Imperium Osmańskim, ale także z Iranem, który zwie wciąż Polskę prastarym mianem „Lachestan”, a jego perska mowa ma bardzo dużo współnego z polszczyzną (niektóre północirańskie języki nawet więcej mają tych podobieństw niż perski, a jeszcze bardziej szokują związki ze starożytnym językiem awestyjskim).

XI Manifest Wolności

Dziś po rozmowie z osobą zarządzającą pewną szkołą, którą bądź co bądź bardzo cenię, smutno mi się zrobiło jak nawet najbardziej wartościowe osoby w świecie edukacji kapitulują przed machiną państwowego wszechogarniającego, totalnego Lewiatana, by w ogóle móc działać otwarcie jako placówka oświatowa, a nie jak żołnierze wyklęci kryjący się po lasach z tajnymi kompletami partyzanckiej edukacji…

Jakże to tak, że podobno żyjemy w „wolnym kraju”, świętujęmy jakąś orwellowską rocznicę „odzyskania wolności w 1989 roku”, a ja muszę poddawać dziecko pod weryfikację komukolwiek kto sprawdza czy moje dziecko „realizuje podstawę programową”? Jak ma się nie burzyć krew wolnego człowieka stepu, gdy mu ktoś nakazuje tak a nie inaczej poddawać dziecię indoktrynacji i decydować chce o „promocji dziecka do następnej klasy” podtrzymując jakąś dziwną abstrakcyjną fikcję działającego dla naszego dobra „systemu edukacji”, podczas gdy poziom analfabetyzmu „wtórnego” i niezrozumienia czytanego tekstu w Polsce jest dziś okrutnie wysoki?? Czy ludzie potrzebują do życia Ministerstwa Dobrych Kroków, by wiedzieć jak się chodzi? To po co nam Ministerstwo Edukacji, które stoi na czele jakiegoś totalitarnego antywolnościowego systemu realnego bareizmu? (Choć ponoć w Kazmierzu Dolnym mieści się Ministerstwo Smaku 😉 )

Czemu służyć ma cała ta machina sprawdzania, odmierzania, przymuszania i udawania, skoro kto ma się nauczyć i tak się nauczy? Jeśli państwowy aparat przymusu tak bardzo chce opiekować się dziećmi naszymi, to czemu nie da nam jeno świetlic dziennych, których dokładne działanie i sposób spędzania tam czasu dzieci zostałby zdecentralizowany do najniższego możliwego poziomu?

To co winno być moim zdaniem główną ideą przyświecającą świetlicom gdzie dziecko może spędzać czas, gdy rodzic wyrabia swą pańszczyznę (ot temat do kolejnych rozważań wolnościowych!), obok zapewnienia dzieciom tyle zdrowego ruchu ile dzieci potrzebują, to nauczanie współżycia w społeczeństwie, empatii, poszanowania drugiej osoby i różnych światopoglądów, higieny, komunikacji, jak również praktycznego odnalezienia się w życiu zależnie od swoich preferencji. Bez żadnych poziomów zaawansowania liczonych promocją z klasy do klasy lub innych dziwactw socjalizmu, etatyzmu, faszyzmu ni innych totalnych systemów kontroli człowieka przez bezduszną machinę „państwa”. Oczywiście jest tutaj bardzo obszerny temat duchowego zniewolenia niektórych rodziców, którzy chcą i pragną, by ich pociechy były tresowane nawet bardziej niż przewiduje ustawa. No coż, wolność Tomku w swoim domku, memu dziecku dajcie sąsiedzi drodzy być sobą, a szanować Waszą odmienność będzie ono niechybnie! Niechaj sobie jedni ludzie otwierają świetlice tresujące dziatki jak Lewiatan, a inni sobie zrobią demokratyczne szkoły po swojemu.

Tak jak wolni i niezłomni ludzie Dzikich Pól stawiali opór Lewiatanowi wkraczającego w ich wolność na pograniczu natury i „cywilizacji”, tak też ja otwarcie zgłaszam swój sprzeciw wobec szaleństwa „systemu” i nie pozwolę by jacyś ślepcy próbowali być moim przewodnikiem, bo jak głoszą słowa klasyka „jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną” i „kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Kozacka Brać, prowadźmy tabor na Ministerstwo Edukacji Narodowej, by wyzwolić naszych nauczycieli z okowów niewolących procedur i przepisów 😉

IX-X czyli Dziady na Litwie spędzamy

Minęły dwa miesiące, a miesięcznik przystanął, spieszę zatem z podróżą w czasie publikując z listopada wpis na wrzesień i październik. Na czas Dziadów i Wszystkich Świętych trafiłem w postowiecki świat, do Republiki Białoruś, gdzie wizytując rodzinne strony mych przodków i obserwując postowiecki świat absurdu w nastrój pełen refleksji egzystencjalno-historyczno-filozoficznych popadłem. I tak też w pytanie jakże ważne, a niebezpieczne się zagłębiłem: Szaleństwo, normalność, co wyznacza granicę między nimi, co je definiuje? Co pisać, żeby nie być banalnym, ale też żeby nie popaść w skrajne egzaltowane wywody i zrozumianym być dobrze przez czytelnika?

Miałem pisać mądre rzeczy na blog, ale chyba przez swój perfekcjonizm co bym nie chciał napisać, wydaje mi się zbyt banalne. Filmy też bym chciał kręcić idealne, przez co mało co w ogóle ich powstaje. Czasem myślę, że może lepiej wypuszczać lada jakie szalone treści, byleby w ogóle cokolwiek było? 😉 Przeczytawszy przepis na omlet z winem taki otoż filmik spreprarowałem. Komuś się kiedyś może tego typu dzieła spodobają, tak jak Van Gogha twórczość lata po jego śmierci (jestem świeżo po filmie o tym malarzu, w szpitalu dla obłąkanych nie raz i nie dwa lądował…).

Na żadne inne nagrania nie miał ja czasu, za groszem biegał, wyprowadził się z mieszkania, poleciał do Kitaju dalekiego zarabiać pieniądze, a potem z biznesowym partnerem poleciał do Białorusi na dni kilka w sprawach służbowych. Ech ci Kitajcy, działają szybko, z punktu widzenia białego człowieka bez planu, jak w gorącej wodzie kąpani, ale może w ich szaleństwie jest metoda? W końcu to u nich jeździ super szybka kolej, a nie u nas. Tylko czy ten szaleńczy pęd jest komukolwiek do szczęścia potrzebny?

Tak czy owak, dzięki Kitajcowi owemu mogłem odwiedzić wreszczie krainę mych przodków, ziemie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dzięki Kitajcowi opętanemu szaleńczym pędem za groszem, owładniętemu wizją konstruowania robotów rodem z filmów i gier science-fiction, mogłem w Mińsku odwiedzić księgarnię i kupić książek kilka, w tym “Ostatnie Życzenie” Andrzeja Sapkowskiego po białorusku. Bom maniak nauki języków, a szczególnym sentymentem języki naszej Rzeczypospolitej darzę.

Wielkie Księstwo Litewskie, ile tak naprawdę wiemy o tej części Rzeczypospolitej? Czyż nie zbyt łatwo równamy ją, utożsamiamy z Polską? Gdy mówimy w Polsce o „Potopie” szwedzkim, czy ktoś tak naprawdę zwraca uwagę na to co było „krwawym Potopem” dla Wielkiego Księstwa Litewskiego? Ileż to lat minęło od napisania przez Sienkiewicza „Potopu” i jego ekranizacji przez Hoffmana, a nikt się nie podjął na poważnie krytycznej polemiki i odkłamania historii? Niechaj zatem ja, po wizycie w zamku radziwiłłowskim w Nieświeżu i lekturze ksiąg wielu, zwrócę uwagę na spraw kilka.

Może najpierw banalne kwestie z filmu „Potop”. Janusz i Bogusław Radziwiłł, zagrani kolejno przez Władysława Hańczę i Leszka Teleszyńskiego. Pierwszy aktor miał w roku premiery filmu (1974 r.) 69, a drugi 27 lat. A czy wiecie w jakim wieku w 1655 roku były zagrane przez nich prawdziwe historyczne postaci? Otóż kolejno 43 i 35 lat, różniło ich zaledwie osiem, a nie ponad 40 lat! Obaj mężczyźni w sile wieku, podczas gdy filmowy i książkowy Janusz wychodzi na styranego życiem starszego pana. Znany z popkultury Janusz Radziwiłł umiera na astmę, a kto wie jak było z prawdziwym? Otóż wszystko wskazuje na to, że został otruty. Przez kogo? Można się jeno domyślać…

Dlaczego Janusz Radziwiłł przystąpił do Szwedów? Kto zdaje sobie sprawę, że w momencie jego przejścia do obozu szwedzkiego większa część Wielkiego Księstwa Litewskiego była pod okupacją Moskali? Od 1654 roku trwała krwawa wojna z Moskwą będąca kontynuacją powstania Chmielnickiego, ba! nawet Wilno zostało przez moskiewskich najeźdzców spalone w 1655 i już nigdy nie podniosło się do dawnej chwały. Wróg u bram, ratunku od króla Jana Kazimierza nie ma co oczekiwać, cóż miał wonczas czynić hetman? Jeszcze do tego jako protestant mógł odczuwać coraz mniej sprzyjającą niekatolikom atmosferę polityczną. Czyż nie był on po prostu bohaterem tragicznym, który zasługuje na nową literacką odsłonę swych losów, odkłamaną po czasach rosyjskiej i sowieckiej cenzury? Proszę bardzo oto mapa Rzeczypospolitej w dobie Potopu, nie szwedzkiego, ale szwedzko-moskiewsko-kozackiego.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/63/Rzeczpospolita_Potop.png?fbclid=IwAR1rZ8QkD2h-7H6Xh96ddwbD7JVIJ44tgQsX5Ow2__s1_z8AmOHjjsszjVs

Szwedzi zadali bardzo duże gospodarcze straty Rzeczypospolitej na okupowanym przez siebie terytorium, nie przeczę, niszczyli z premedytacją różne kopalnie i ośrodki przemysłu, grabili i łupili, ale Moskale i bunty kozackie doprowadziły do równie wielkiego spustoszenia na wschodnich dwóch trzecich terytorium Rzeczypospolitej! O Kozakach jeszcze coś czytelnik i widz kojarzy, ale o Moskalach z reguły nic nie wie w kontekście „Potopu”.

Z kolei Bogusław Radziwiłł, brat stryjeczny Janusza, doczekał się już powieści na swój temat, autorstwa ukraińskiej pisarki Iryny Daniewśkiej, którą posiadam w oryginalnym wydaniu ukraińskim jak również nowym białoruskim! Rozmawiałem z autorką i mówi, że jeszcze nie szukała na polski rynek wydawcy, więc pozostaje mi szlifowanie swych języków wschodniej Rzeczypospolitej, by móc treść książki bliżej czytelnikom mym zreferować.

No właśnie, języki Rzeczypospolitej. Do krwawego Potopu Wielkiego Księstwa Litewskiego ruska mowa dominowała na tym terenie, wciąż jako język urzędowy, jak również jako język życia codziennego. Jednocześnie była to już mowa odmienna od ruskiego z Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, a bardziej zbliżona do języka polskiego. Polski, białoruski i ukraiński dzielą ponoć ze sobą 80% słownictwa, to dziedzictwo czasów Rzeczypospolitej i późniejszej porozbiorowej współegzystencji. I nie możemy tego rozumieć tylko jako wpływ polsczyzny na ruszczyznę. Proszę oto link do rekonstrukcji staropolskiej wymowy Bogurodzicy, sprzed czasów unii lubelskiej.

Tamta staropolszczyzna wchodząc w mariaż z ruszczyczną stworzyła nową polską mowę, która nie byłaby tym czym jest bez współżycia przez kilka stuleci z ruskim światem Rzeczypospolitej – pewnie mało kto wie, iż w XVII oficjalnie po polsku mówiło się o Polsce „Polszcza”! Język polski jeszcze do lat 30. XIX wieku był językiem elitarnym miasta Kijowa, czyli prawie 200 lat od jego przejścia pod moskiewskie władanie (w 1648 roku wraz z powstaniem chmielnickiego, ponad 120 lat przed pierwszym rozbiorem)! Z resztą do połowy XIX wieku tereny zabrane Rzeczypospolitej przez Moskali zwane były ni mniej ni więcej ale POLSKIMI GUBERNIAMI. Dopiero w miarę wzniecania przez Polaków kolejnych niepokojów była ta polska swoboda ograniczana, niemniej jednak przeczy to polskiej martyrologii 123 lat niewoli pod zaborami. Tym, co położyło kres polskiej wyraźnej obecności kulturowej na wschodzie aż po Smoleńsk był nie carat, ale rewolucja bolszewicka i kulminacja antypolskiej polityki – akcja polska NKWD w 1937 roku, a potem tragedia drugiej wojny światowej i przesiedlenia ludności po 1945 roku. Pamiętajmy o tym, bo historiografia i program szkolny doby PRL wykrzywił naszą percepcję rzeczywistości tamtych czasów. Dużo więcej swobody miał Polak pod carem i nominalnym królem polskim w Królestwie Polskim i polskich guberniach Imperium Rosyjskiego niż za czasów sterowanej z Moskwy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

I na koniec, żeby nie było, iż caratu ze mnie obrońca oraz by oburzeni mym niepatriotycznym podejściem czytelnicy nie rzucali na mnie kalumnii – carat winny był śmierci setek tysięcy, a wręcz milionów, młodych mężczyzn, których brał w rekruty, mobilizował do wojska, co oznaczało niemal wyrok śmierci. Ileż to lat miał spędzić taki młodzian w wojsku? Dwadzieścia? Jeśli jeno przeżył, bo najpierw zaczynał swój żywot sołdata od straszliwego prześladowania, bicia, upokarzania, przy którym „fala” we współczesnym Wojsku Polskim za czasów poborowych to dziecinna igraszka. Obity przećwiczony wytresowany rekrut, który przeżył tę męczarnię „unitarki”, był niezwykle cenionym przez władzę żołnierzem. Nie możemy się zatem dziwić narastającemu rewolucyjnemu fermentowi w Imperium Romanowów, ale pamiętajmy tylko, że polskiej kulturze kres na Kresach położył komunizm, a nie carat.

https://superhistoria.pl/dwudziestolecie-miedzywojenne/82494/Wiecej-Polakow-wymordowano-tylko-w-Powstaniu-Warszawskim-Ludobojczy-rozkaz-nr-00485.html?fbclid=IwAR15jz7d6rAeH3uynkS5lxe28RMEs_VIZWAxZMAskH5KOIqPEyq6urYypMY

Francuskich wojaży opisanie VIII/2019

Ostatni dzień sierpnia, to trzeba przysiąść dokończyć relację z przygód miesiąca tegoż. Poprzedni raz zabrałem się jako tako za pisanie trzy tygodnie temu we Francji. Chciałem napisać “usiadłem do pisania”, ale przecież klęczałem wtedy oparty o łóżko w hotelu 😉

I przyznać się muszę bez bicia, że zawsze ociągam się z napisaniem czegoś, jakby to była rzecz wymagająca niezwykłego namaszczenia i specjalnych warunków, ciszy, spokoju, ładnej pogody… Różne rzeczy wymyślałem, ale dość już! W tej Francji dałem radę pisać nawet przy dziecku oglądającym bajki po francusku, a do tego na klęczkach (może to akurat jest nabożne i z namaszczeniem potraktowanie pisania? 😉 ).

Miałem wielce ambitny plan pojechać jeszcze w lipcu na Ukrainę, w rejon historycznych Dzikich Pól oraz wiele innych miejsc znanych z historii Rzeczypospolitej, literatury pięknej i w ogóle historii naszej części Europy. Umówiłem się wstępnie na kilka spoktań z rekonstruktorami historycznymi, dyrektorem muzeum, twórcami gry paragrafowej o Kozakach na Androida oraz jednym politykiem. Wszystko jednak odkładałem, bo ciągle coś kombinowałem przy samochodzie, naprawiałem, poprawiałem, podłączałem instalację LPG, znowu naprawiałem błędy powstałem w wyniku dołożenia tej instalacji i w końcu nie pojechałem.

Odłożyłem wyjazd na trochę później, a wpadł za to nowy pomysł, by zdobyć więcej sławy, zasięgu oraz przede wszystkim stworzyć ciekawy materiał na blog. Doktor Radosław Sikora szukał bowiem osoby, która zrealizowałaby relację wideo z wyprawy polskiej delegacji rekonstruktorów historycznych na imprezę w Lermie w Hiszpanii w klimacie XVII wieku – poselstwo króla polskiego do króla Hiszpanii! Zgłosiłem się na ochotnika, pragnienie przygody i awanturnicza swawolna dusza przytłumiły rozsądek, zlekceważyłem wciąż nie do końca pewną sytuację z autem i pojechałem do Hiszpanii. Nie dość, że niedokładnie wyliczyłem sobie koszty wynikające z paliwa i autostrad francuskich, do tego opóźniłem jeszcze się o kilka godzin szukając na ostatnią chwilę przejściówek do tankowania LPG w Niemczech (choć okazało się, że dałoby radę i bez tych przejściówek), to 2 sierpnia po przejechaniu 2000 kilometrów trafiłem na najgorsze w ciągu całego roku korki na trasie przelotowej przez Bordeaux, czyli pierwszy piątek sierpnia zwany „czarnym piątkiem”, gdy wielka część Francuzów rusza na urlop. No i moje auto nie podołało, w gorącej temperaturze w bezruchu po prostu mi zgasło, nie chciało odpalić… Zostałem sholowany przez pomoc drogową, zapłaciłem trochę za to (zabrałem się w drogę nawet nie upewniwszy się co do posiadania usługi Assistance! Nie wiem jak to się stało, ale nie miałem tego pomimo posiadania rok wcześniej…). Potem na chłodniejszym silniku udało się odpalić i odjechać, ale problemy z autem nie minęły, zdarzało mu się gasnąć, przejeżdzało od 15 minut do godziny, rozgrzane nie odpalało, oj nie popisałem się kierując się mą ułańską fantazją! Nauczkę swoją odebrałem, a pomocni właściciele winiarni i domu na wynajem dla turystów nie dość, że nakarmili mnie i me dziecko przy rodzinnym obiedzie, to jeszcze wskazali gdzie szukać mogę mechanika. Tak trafiłem w końcu do hotelu Ibis Budget w mieście Bergerac („berżerak” po naszemu, albo „brazeira” jeśli wersja ma być oksytańska 😉 ) gdzie wielką pomoc okazała mi pracująca tam Polka! Dzięki wielkie dla Wiolety rodem z Gdyni! Akurat była na zmianie, gdy przyjechaliśmy, Chwała Bogu 😀 Pomogła mi doradzając, dzwoniąc do mechaników w tygodniu, wskazując miejsca na planie miasta, dając kontakt do kilku osób. Pomogły mi też osoby z grup na Facebook Polacy we Francji i Polacy w Bordeaux. Wielkie dzięki dla wszystkich za pomoc!

Miałem trochę doła, idąc w końcu na stare miasto Bergerac nie przebrałem się w mój historyczny strój jak miałem wcześniej w planie, żeby się pokazać obok pomnika lokalnego bohatera Cirano de Bergerac (bohater historyczny, literacki oraz filmowy odegrany nawet przez słynnego „Rosjanina” „Żerarda Depardie” vel Obelixa 😉 ). Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak znana jest to postać literacka, w polskim Teatrze Telewizji odegrana przez Piotra Fronczewskiego.

Link do polskiej adaptacji sztuki „Cyrano De Bergerac” z 1980 roku

Wtedy też na starym mieście Bergerac taka niespodzianka mnie spotkała! Występ lokalnej grupy folkowej Les Abeilles Bergeracoises w strojach regionalnych! Gdbym tańcował z nimi w moim stroju Prusaka to by dopiero była atrakcja! No ale nic to, i tak było fajnie. Kilka osób znało wśród tych osób język oksytański wyparty niemal zupełnie przez przybyłą z północy i narzuconą przez aparat państwowy francuszczyznę. Mi się jednak oksytański bardziej podoba niż paryska mowa, skoro już tu trafiłem, to może jakiś separatystyczny ruch Królestwa Wizygotów założę z tymi dziadkami, jakąś Sicz Wizygotów, a mnie obiorą atamanem koszowym ;). Podniesiony na duchu następnego dnia wróciłem na Stare Miasto w przebraniu Prusaka budząc pewne zainteresowanie turystów i mieszkańców Brazeirac. Uprzedzony przez Wioletę nie pokazywałem się z mą szablą, bo podobno we Francji broni białej nie można sobie tak swobodnie jak w Polsce posiadać i się z nią obnosić…

No właśnie, ale przecież mój blog nazywa się Dzikie Pola, a nie Dzika Akwitania, a ja zawędrowałem zupełnie w inną stronę Europy. No cóż, ta wyprawa i jej nieoczekiwany obrót dużo mnie nauczyły, między innymi o moim podejściu do planowania ostatnimi laty oraz o ostrożności finansowej. Lekcję swoją odebrałem, sądzę, że dobrze zapadnie mi w pamięć… Gdy jeden mechanik nazwał mnie nieodpowiedzialną osobą, by jechać takim starym autem w tak daleką wyprawę do Francji, nie sposób było się z nim nie zgodzić. Sierpień, czas urlopów mechaników (i wielu innych), zlekceważenie ubezpieczenia auta na awarię za granicą, a do tego nieznajomość francuskiej sytuacji motoryzacyjnej-nieprzystosowanie większości serwisów do tak starych aut jak moje (1998) – nie mają przejściówek na taki stary typ komputera samochodowego jak mój… Choć może jeszcze starsze auto byłoby lepsze – wtedy bez komputera (prawie) każda awaria to prosta sprawa mechaniczna. Toyota Camry na przykład – tak słyszałem. Ponadto, bardzo mało salonów obsługuje auta z instalacją LPG, podobno warsztat samochodowy musi mieć specjalne pozwolenie, by w ogóle dotykać się auta z LPG, a do tego nie jest popularne robić sobie takie przeróbki. Francuzi bogaci są najwyraźniej, wolą tankować benzynę w cenie 1,5 euro za litr zamiat LPG w cenie 0,8 eur… A na autostradzie LPG dochodzi do ceny 1 euro za litr! Ot o taką wiedzę jestem mądrzejszy dzięki zamiłowaniu do historii staropolskiej…

Dowiedziałem się dzięki tej przygodzie więcej o samochodach, ich naprawach, o Polonii we Francji, o samej Francji, a także o wożeniu aut lawetami, zakupach samochodów za granicą, a do tego odwiedziłem afgański bar ćwicząc swój perski język – zawsze jakieś pozytywy (tak się oszukuję 😉 ). No ale ani na rekonstrukcję historyczną do Lermy, ani do Gniewu, się nie załapałem. Krótko mówiąc pechowy ten rok był do tej pory jeśli chodzi o to moje hobby historyczne, co wyraziła „pani ze sklepiku” w Chateau Fort de Roquetaillade (vide mój kanał YouTube) francuskim terminem „pas de chance”… Akurat z tego spotkania z Afgańczykami to się chyba najbardziej ucieszyłem, bo najbardziej swojsko się z nimi czułem – Afgańczycy ludzie to elastyczni, o 22 w nocy chcieli by ogarniać mechanika Afgańczyka, ale nie miał on komputera do sprawdzenia mojego auta. W ogóle mówił mi szef tego baru, że afgański mechanik o pierwszej lub drugiej w nocy wstanie pomóc jak jest potrzeba. Z takimi ludźmi czuję się równie swojsko jak na Bałkanach – tam w wakacje 2017 roku też od ręki mi napriawiali auto mechanicy kumple mego przyjaciela. Krótko mówiąc do zachodniej Europy lepiej wybierać się samolotem lub innymi środkami transportu grupowego, a na miejscu ewentualnie wynając sobie auto, albo jeszcze lepiej iść pieszo (jak pewna Szwajcarka jaką spotkałem z 2 psami obok Elbląga 2 tygodnie temu) lub rowerem (jak mój gospodarz z Couchsufing Jean z Langon, który przez pół roku jeździł po Europie rowerem odwiedzając także Polskę) – po torturowaniu kręgosłupa wielogodzinną jazdą doceniam naturalne sposoby podróżowania pozwalające kręgosłupowi działać tak jak powinien.

Tak czy owak, udało mi się wreszcie wrócić do Polski. Dziękuję bardzo wszystkim osobom, które poprzez zbiórkę https://zrzutka.pl/hckm5u wsparły mój powrót do Polski. 10 sierpnia o godz. 15 wsiedliśmy do busa i załadowaliśmy auto na lawetę jadącą za busem, by 12 sierpnia o godz. 4:30 rano dotrzeć do Warszawy zostawiając auto na kilka dni na parkingu obok Ikei Targówek, samemu dwie godziny później jadąc do Elbląga z kierowcą poznanym porzez BlaBlaCar. Te ponad 40 godzin powrotnej podróży minęło szybciej niż podróż do Francji – oto kolejna zaleta bycia pasażerem, a nie kierowcą. W busie odpowiedzalną pracę przywiezienia nas do domu wykonywało dwóch kierowców z Polski śpiących na zmianę w tymże pojeździe.

No cóż, pozostaje mi teraz jeszcze zmontować filmy z wyprawy. Kręcenie materiałów wideo jest jednak bardziej pracochłonne niż myślałem zanim się za to zabrałem. Choć może samo nagrywanie nie jest aż tak pracochłonne jak montowanie materiału, by wyszło zeń coś ciekawego. Obym w nowym roku szkolnym, gdy szkoła przejmie dużą część mej opieki nad uczęszczającą do szkoły córką, miał więcej czasu na systematyczne blogowanie 🙂

Tutaj jeszcze przypomnę link do mego pierwszego nagrania wideo z wyprawy do Francji na zamek z filmu „Fantomas kontra Scotland Yard”.

Podobno ciekawy filmik mi się udał, a że krótki, to tym bardziej warto obejrzeć 😉

To tyle w tym sierpniowym podsumowującym letnie przygody numerze tytułu prasowego DzikiePola.com. Do zobaczenia i usłyszenia we wrześniu!