Wielka Legacja Wojciecha Miaskowskiego 1 martii – czwartek

Dziś jegomość Wojciech tak oto się nam rozpisał, a się przecię działo. Można by nawet rzec, iż iście prawdziwy zwrot akcji nastąpił 😉 :

Oddano mi list od Lupula, hospodara wołoskiego, którym oznajmuje o śmierci Amuratha, cesarza tureckiego, i nastąpieniu na państwo Imbraina Sołtana, brata rodzonego. Radził hospodar, abym się w Koronie zatrzymał, ale że mnie już na drugim noclegu w Ziemi Wołoskiej za Prutem i Dniestrem zastała ta wiadomość, nie chciałem się wrócić. Szedłem dalej (oznajmiwszy o wszytkim K. J. Mci i jm. panu krakowskiemu) drogą złą na samę rozciecz górami śliskiemi. Stanąłem we wsi Sawianie, mil cztery. Tamże i nazajutrz.

I tak też nastała przerwa wpisów jegomości posła do dnia trzeciego marca.

Wielka Legacja Wojciecha Miaskowskiego 29 februarii – środa

Jegomość Wojciech dziś także niewiele napisał, ale jutro to już będzie się działo! Swoją drogą spójrzcie jak żeśmy trafili – u nas w 2020 roku i u niego w 1640 roku, tak samo wypada rok przestępny! Tylko dni tygodnia nam się nie zgadzają 😉

Przebyliśmy Prut lodem jeszcze, ale złym i dziurawym barzo. Nocleg tamże zaraz nad Prutem we wsi Radyjowcach. Mil cztery*.

*Mila podolska = 10480 m, mila wołoska = 5853 m

II 2020 Wielka Legacja Wojciecha Miaskowskiego do Turcji w 1640 roku!

Zaczynam oto cykl wpisów z dyariusza podróży imć Wojciecha Miaskowskiego posła Rzeczypospolitej w 1640 roku do Imperium Osmańskiego posłanego.

Tytuł dzieła brzmi Dyariusz legacyjej do Turek Wojciecha Miastkowskiego, podkomorzego lwowskiego, w którym się opisują instrukcyje od Króla mu i hetmana dane, droga od wyjazdu z Kamieńca aż do powrotu, relacyja tego poselstwa, listy, responsa i wszytko, cokolwiek do tego aktu należy, ut sequitur.

Pierwszy dzień podróży będzie 28 lutego!

Książki zacnej okłada zębem czasu dotknięta

I 2020 Dzikie Pola: Epidemia? ;)

A gdyby tak zagrać przygodę w czasach, gdy morowe powietrze zbiera swe śmiertelne żniwo, choćby w dobie straszliwego Potopu kozacko-moskiewsko-szwedzkiego? 😉

Oczywiście myśl ta mnie naszła w związku z epidemią chińską „wirusa w koronie”, na który to temat nawet zrobiłem małe rozpoznanie rynku maseczek chirurgicznych, które z Polski wyssało na chiński rynek.

trochę żart, a trochę jednak dale do myślenia

Jest też ciekawa pozycja książkowa poświęcona epidemiom w historii. Zjawisko wielce życiowe, choroby towarzyszą ludzkości wszakże od zawsze (tudzież od wygnania z biblijnego raju 😉 ). W różnych grach fabularnych w mrocznych klimatach fantasy zdarzały się epidemie, zatrute studnie i temu podobne. W science-fiction również motyw był to wykorzystywany. Zatem może i w grze historycznej tudzież historią inspirowanej wątek epidemii doda dramatyzmu rozgrywce swawolnej kompaniji.

Książka ciekawa i aż 100 funtów brytyjskich kosztująca!

		

XII Dzikie Pola: Kolonizacja tudzież staropolskiej przygody tworzenia ciąg dalszy

Miałem pisać jakieś podsumowanie roku, ale pal licho, po co komu kolejne rozczulanie się i rozliczanie, przejdźmy lepiej to tematyki gry fabularnej „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, mam bowiem pewne świeże przemyślenia jej dotyczące, a konkretnie rozwinięcia rozgrywki o sprawy kolonizacji Dzikich Pól, poszerzania się „cywilizowanego osadnictwa” i ładu państwowego w głąb dziczy.

Jestem świeżo po lekturze podręcznika do amerykańskiej gry fabularnej „Aces & Eights”, która daje graczom szansę wczuć się w osoby żyjące na skraju cywilizacji w Ameryce Północnej w drugiej połowie XIX wieku. Jest to gra realistyczna, nie to co „Deadlands” mieszające konwencję Dzikiego Zachodu z horrorem, niemniej jednak zakłada alternatywną linię historyczną. Nie tylko przebieg wojny secesyjnej był inny niż w rzeczywistości – co sprawia, że mamy do czynienia z istnieniem zarówno USA jak i CSA (Skonfederowane Stany Ameryki). Autorzy pogrzebali przy historii trochę głębiej, przez co istnieje w uniwersum gry niepodległa Republika Teksasu, a terytorium Meksyku wciąż obejmuje Kalifornię i inne stany, jakie w rzeczywistości Meksyk utracił na rzecz USA w 1848 roku.

No i właśnie pomyślałem sobie, że w naszych rodzimych „Dzikich Polach” także możemy sobie założyć realia, które dadzą nam z jednej większe pole do prowadzenia przygód awanturniczo-ekonomicznych (czyli bohaterowie graczy budują swoje majątki na pograniczu Dzikich Pól), a jednocześnie pozwolą unikąć oczekiwania przez biegłych w wiedzy historycznej graczy wydarzeń zgodnie z linią historyczną naszej rzeczywistości.

Jest kilka możliwości alternatywnej historii, które możemy wykorzystać na potrzeby naszej rozgrywki, o których za chwilę. Najpierw jednak wspomnę, że już kiedyś Jegomość Michał Mochocki, współtworca drugiej edycji gry „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, w miesięczniku Portal miał swój cykl pt. „Nowe Dzikie Pola”, później zwany „Dzikie Pola: Posesjonat”, który rozszerzał mechanikę gry właśnie o kwestie gospodarcze prowadzenia szlacheckiego folwarku. Ja w tym wpisie idę po tej lini „Posesjonata”, skupiając się jednak głównie na karierze bohaterów na terenach Ukrainy, przy jednoczesnym rozszerzeniu tematyki o postaci „nieszlacheckie”. Z drugiej zaś strony, nie mówię póki co o mechanice, która dla choćby wypasu bydła w „Aces & Eights” jest nieźle rozbudowana, ale skupiam się póki co na potencjalnych realiach, w jakich rozgrywkę można umieścić.

A zatem, po pierwsze, możemy po prostu zacząć od roku 1638, gdy po powstaniu Ostranicy i Huni zapanował „złoty pokój” – czas intesywnej kolonizacji dziewiczych rejonów Ukrainy. Kres temu okresowi położyło powstanie Chmielnickiego w 1648 roku. Tutaj zaś, można historię zmodyfikować tak, aby powstanie nie powiodło się lub do niego nie doszło, aby kolonizacja trwała dalej nieprzerwanie, a niepokoje i problemy społeczne naturalnie wciąż się nawarstwiały, tyle że już bez możliwości sprawdzenia przez graczy w podręczniku do historii co będzie za miesiąc się działo 😉

Oczywiście, po drugie, można także zaczynać po takim nieudanym powstaniu lub śmierci Chmielnickiego zduszonego przez służbę swego wroga Czaplińskiego w stepie. Można przemyśleć kilka sposobów ominięcia nieszczęścia 1648 roku, najważniejsze rzecz jasna, by zapewnić sobie warunki do prowadzenia „Dzikich Pól: Kolonizacji” zamiast „DP: Rzeczypospolitej w ogniu”.

Swoją drogą, pomimo chwytliwego podtytułu, w podręczniku nie zauważyłem tego „ognia”, nie było też „posesjonata” w duchu publikacja imć Michała Mochockiego. Ja bym raczej podsumował podręcznik gry jako „Dzikie Pola: SWAWOLNA KOMPANIA” 😉 Oczywiście ewentualna rozgrywka rozpoczynająca się od powstania Chmielnickiego i przeprowadzona przez wszystkie straszliwe wojny okresu 1648-1699 to jak najbardziej dobry, choć może zbyt monotonny „setting”, który można nazywać mianem „Rzeczypospolitej w ogniu”.

Wracając jednak do „DP: Kolonizacji”, inną opcją może być głębsze pogrzebanie w historii, żeby na przykład dalej rządzili Jagiellonowie, ale to też wymaga przemyślenia skomplikowanych kwestii unii lubelskiej i innych szczegółów. No ale właśnie szukałem sposobu jak obronną ręką wyprowadzić Rzeczpospolitą z wojny z Moskwą w latach 1660-1667 tak by nie traciła ona Lewobrzeżnej Ukrainy i można było dalej prowadzić kolonizację po okresie krwawej wojny, a właśnie nieumiejętna polityka dworu Jana Kazimierza po polskich sukcesach militarnych doprowadziła do tak haniebnego rozejmu w Andruszowie w 1667 roku, utraty Smoleńska, Kijowa i dużej części Ukrainy. I może właśnie pokombinowanie z inną sytuacją na dworze, inną linią dynastyczną, dałoby odpowiedni efekt? Tylko że zmiana historii tak głęboko, by Jagiellonowie dalej panowali w 1667 roku aż prosi się o przeniesienie rozgrywki do XVI wieku, na sam początek alternatywnej linii historycznej.

Tak czy owak, głównym celem jest tutaj uzyskanie pewnych „stabilnych” realiów rozgrywki, naszego „Dzikiego Wschodu”, na którym bohaterowie zarówno szlachty, jak również prostych Kozaków, a nawet mieszczan lub Żydów (aż się prosi o rozszerzenie „Dzikie Pola: Żydzi” ! 😉 ) chcą budować swoje nowe życie. Tutaj zaś mamy całą gamę możliwości: zakładanie swego dworu tudzież chutoru; branie ziemi w dzierżawę od wielkich posiadaczy ziemskich lub walka o zachowanie swego dzikiego kawałka ziemi w konfrontacji z magnatem (popularny konflikt na linii Kozak-magnat); służba przy przepędzaniu bydła i koni z Ukrainy hen przez Ruś Czerwoną, Małopolskę aż do Śląska (przygody iście w stylu amerykańskich kowbojów ze wspominanej dziś gry „Aces & Eights”! ); działalność handlowa, rzemieślnicza; służba u możnego pana jako ekonom, dworzanin, żołnierz; posługa duchownego, może jako orędownik unii prawosławia z papiestwem, albo może wręcz przeciwnie obrońca niezależności prawosławia, może nawet jako nauczyciel słynnego Kolegium Kijowsko-Mohylańskiego, czyli pierwszego nowoczesnego kolegium prawosławnego na modłę jezuicką utworzonego w 1632 roku w Kijowie. Naturalnie jako Kozak można sobie jeszcze spędzać czas na polowaniu, łowiectwie, połowie ryb, a od czasu do czasu na jakąś bliższą lub dalszą wojenną awanturę wybrać się z innymi mołojcami. Z resztą, zwykli rzezimieszkowie i wszelkiej maści przestępcy jak najbardziej też mogą znaleźć na Ukrainie swoje miejsce, a dobrym przyczynkiem do ich przygód może być jedna z książek w mej biblioteczce pt. „Złoczyńcy. Przestępczość w Koronie w drugiej połowie XVI i w pierwszej połowie XVII wieku”.

To dopiero początek rozważań nad tematem kierunku rozgrywki w klimacie „Dzikie Pola: Kolonizacja”. Myślę już jak lepiej dać zabłysnąć osobom realizującym się w „tradycyjnie kobiecych rolach społecznych tamtego okresu” 😉 Tak czy owak, zajrzę najpierw sobie do twórczości Jegomości Michała Mochockiego w „Portalu” sprawdzić co tam dokładnie w cyklu „Nowe Dzikie Pola”/”Dzikie Pola: Posesjonat” proponował, jak również poczytam więcej o działalności kolonizacyjnej magnaterii, powstawaniu nowych miast na Ukrainie w XVII, o życiu gospodarczym tamtego okresu itd. Póki co mam bardzo szczątkową i ogólną wiedzą na temat hodowli bydła i koni w tamtych realiach, a to może być bardzo ciekawy temat dla zarówno wprowadzenia elementów gry ekonomicznej do rozgrywki, jak również zachowania awanturniczego charakteru rozgrywki staropolsko-ruskimi „kowbojami” 😉

XI Targi Gry i Zabawa, czyli o „opłacalności Dzikich Pól” słów kilka…

W dniach 23-24 listopada 2019 roku odwiedziłem Targi Gra i Zabawa, gdzie miałem przyjemność porozmawiać ze współautorem drugiej edycji „Dzikich Pól: Rzeczypospolitej w ogniu” Arturem Machlowskim. Zapraszam zatem na relację z naszej rozmowy okraszoną kilkoma zdjęciami ze stoiska firmy Cobi, Jegomość Artur służy bowiem teraz na dworze tej zacnej kompaniji jako oficyjer wysokiego szczebla zwany z zagraniczna mianem „Brand Manager” 😉 Z resztą jemu tom podkupił domenę DzikiePola.com, ale po cóż miałby trzymać kilka srok za jeden ogon 😉


Jegomość Artur ARTUT Machlowski niczem hetman wielki koronny
komenderujący pancernemi hufcami

I cóż rzekł Jegmość Artur? A no to, że uwielbia klimat Dzikich Pól i Rzeczypospolitej szlacheckiej, że grywa czasami w „Dzikie Pola”, ale nie jest to dlań opłacalna tematyka. Dlatego też w firmie Cobi zajmują się modelami z drugiej wojny światowej, a nie modelami husarii. I tak jak wielce by chciał Jegomość Artur zobaczyć husarię spod sztandaru Cobi, to w tym samym czasie zamiast koników i jeźdzców z kopiami fabryka wyprodukuje modele czołgów niemieckich Tygrys, które zejdą w dwadzieścia razy większym nakładzie niż zeszłaby najwspanialsza formacja kawaleryjska w dziejach ludzkości!

Choć nie husaria, toć wciąż zacna jazda

Zrozumiała zatem jest w pełni polityka firmy Cobi, której fabryka pracuje już i tak pełną parą, fani ich klocków z najdalszych zakątków świata wyczekują nowych modeli czołgów, samolotów, czy okrętów wojennych. Niebawem zwiększyć się mają o 30% moce produkcyjne fabryki klocków, tak dobrze im bowiem idzie interes! A ja prowadząc niesystematycznie blog ten hobbystyczny klepię biedę niczem szarak jakowyś, zamiast jak kniaź klockowy zająć się czymś intratniejszym. Choć w sumie, przecież dla złociszy pozyskania zacząłem się zajmować projektem z dziedziny robotyki z Kitajcami za pan brat 😉

Hufce pancerne wroga budzą podziw

Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak jeno błogosławić i życzyć wszelkiej pomyślności polskiej marce Cobi. Niechaj rosną w siłę, a Jegomości Arturowi żyje się dostatnie! Obyś zbił Mości Arturze magnacką fortunę na klockach, a za zgromadzone złocisze wypuścił kiedyś serię klocków z husarzami, pohańcami, mołojcami i inszemi pludrakami ku uciesze dzieci, jakoż i ojców ich po wsze czasy dziecinnych 😉

Pojrzyj dziewczę na tę lufę, ać ja pobrusza

XI Sarmatów bracia Persowie

Odniosę się poniżej do filmu, którego obejrzenie Waszej Miłości sugeruję, zanim do słowa mego pisanego przejdziesz poniżej 😉

Przyjaźń brzmi pięknie, ale opisie filmu to nieźle pojechali z ty m nazizmem…

Piszę o tym filmie, bo szczerze mówiąc w listopadzie nie nagrałem nic swojego, a lubię kontrowersje wszelakie. Tak się złożyło, że trafiłem akurat na dość świeży temat relacji polsko-irańskich w kontekście finansowych roszczeń żydowskich wobec Rzeczypospolitej Polskiej, więc wtrące swoje trzy grosze 😉

Co Polacy wiedzą o Iranie? Kraj ten jest w Polsce dużo mniej znany niż Polska w Iranie. Wiele osób powie brzydko, że to jakieś „ciapaki”, „araby” itp., a to przecież kraj starożytnej cywilizacji, którą fascynowała się szlachta polska, czująca z Iranem z resztą pokrewieństwo – toć Sarmaci i Persowie z jednego pnia wyszli i ze sobą sąsiadowali w zamierzchłej przeszłości! Ze względu jednak na politykę czasów najnowszych, na rewolucję przeprowadzoną przeciwko władzy irańskiego szacha (króla) w latach siedemdziesiątych i związaną z tym izolacją Iranu przez USA na arenie międzynarodowej, Polacy tak mało wiedzą o tym dużym i starożytnym państwie gdzieś między Irakiem a Afganistanem. Żeby krótko zaś scharakteryzować ten kraj, można określić go słowami mego kolegi ze studiów, który tam często bywa: Iran to taki Pe-eR-eL z filmów Barei, tylko że w muzułmańsko-socjalistycznej konwencji 😉

Ludzie z Iranu są rzeczywiście Polakom przyjaźni, są gościnni dla turystów z Polski jak nasze babcie i prabacie dla swoich wnucząt (zjedz mięso, zostaw ziemniaki!), a władza jest jednak bądź co bądź trochę mniej zamordystycznie muzułmańska niż Arabia Saudyjska, która tym się różni od Iranu (oprócz kwestii różnic teologicznych sunnizm/szyizm), że zamordyzm religijny Saudów jest monarchistyczny, a w Iranie jest bardziej socjalistyczno-bareistyczny. Co jeszcze jest ważne, a ważniejsze od różnic religijnych między nimi, to że Saudowie są sojusznikiem USA, a zatem także Izraela, czyli Polski bądź co bądź również, natomiast Iran jest ich przeciwnikiem, bardzo z resztą asertywnym w polityce zagraniczej. Swoją drogą, czy wiesz Drogi Czytelniku, że książęta z Arabii Saudyjskiej uczęszczają na polską uczelnię wojskową we Wrocławiu? 🙂 https://wiadomosci.wp.pl/ksiazeta-z-arabii-saudyjskiej-szkola-sie-w-polsce-na-zolnierzy-6302294954444929a

Natomiast użycie terminu „nazizm” w opisie filmu jest, uważam, nie na miejscu. Pamiętajmy, że choć pokazani są w filmie „zwykli Irańczycy”, z pewnością stoi za nimi współczesny interes polityczny i chęć przeciągnięcia emocji Polaków na swą stronę, zwrócenie Polaków przeciwko Izraelowi. Oczywiście można mieć dużo uwag co do działania Izraelczyków wobec ludności arabskiej i ich polityki zagranicznej, ale są uważam pewne granice, których przekroczenie, tak jak użycie słowa „nazizm”, powoduje skreślenie rozmówcy z poważnej dyskusji. Najlepiej po prostu nie stawać po żadnej ze stron w dzisiejszym rywalizacji Izrael-Iran.

A co do wspomnianej w filmie pomocy udzielonej Polakom przez Iran w latach drugiej wojny światowej, to pamiętajmy, że wielu było polskich Żydów pośród Polaków, którzy uszli z generałem Andersem z sowieckiej ziemi, by potem podczas pobytu Andersa w Palestynie pozostać tam (zdezerterować z polskiego korpusu) dla budowy państwa żydowskiego. Ale czy to coś właścwie zmienia? Czy wdzięczność w ogóle coś znaczy w polityce? No właśnie wdzięczność nic nie znaczy, ale często jest używana jako narzędzie oddziaływania na emocje prostych mas. Tym, co się liczy, jest aktualny interes – włodarze Izraela bardzo dobrze to rozumieją.

O czym też nie można zapominać, to że Iran z 1942 roku, który pomagał Polakom i Żydom, nie był tym samym rewolucyjnym muzułmańskim „PRL”, który rywalizuje dziś z Izraelem i Arabią Saudyjską wysyłając drony do atakowania rafinerii naftowych przeciwnika. https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/607703,arabia-sudyjska-atak-drony-rafineria-koncern-aramco.html

W 1942 roku wciąż panowała w Iranie monarchia, a religia muzułmańska słabła, społeczeństwo robiło się coraz bardziej świeckie i kosmopolityczne. Co ma to wspólnego z dzisiejszą rządzącą ideologią Iranu? 1942 i 2019, to dwa różne oblicza Iranu. Dziś Iran ma tak samo za uszami jak Izrael, a jednocześnie z Persami i Żydami Polaków łączą wielowiekowe relacje. Z Żydami może bardziej skomplikowane, ale przecież ci żyli obok Polaków na jednej ziemi przez stulecia, a z Persami nasi przodkowie rozeszli się w różne strony świata zapewne tysiące lat temu. Z resztą, to że istnieje Państwo Izraela tam, między Morzem Śródziemnym a rzeką Jordan, jest także zasługą Polski, która aktywnie wspierała i szkoliła żydowskich bojowników jadących do Palestyny wykroić sobie własne państwo.

Wiele wspólnych prastarych tradycji łączy nas potomków Sarmatów i dzisiejszych Irańczyków, choćby obyczaje wielkanocne, wywodzące się ze święta wiosennej równonocy będącej po dziś dzień Nowym Rokiem dla Irańczyków. Podobieństwa mają też Polacy z Kurdami, ale przecież jeszcze większe z poczciwymi Białorusinami, ale jak się zastanowić, to także z Ukraińcami, Rosjanami, dzisiejszymi Litwiami, czy nawet Niemcami… No i jakoś ta bliskość obyczajów, religii i kultur między Polakami a sąsiadami nie przeszkadzała w toczeniu krwawych wojen między sobą, z Iranem mieliśmy po prostu to szczęście, że na wojowanie z nimi było zbyt daleko 😉

Tak czy owak, dobrze jest poszerzać horyzonty, a interesując się pierwszą Rzeczpospolitą, warto zwrócić uwagę na jej relacje nie tylko z Imperium Osmańskim, ale także z Iranem, który zwie wciąż Polskę prastarym mianem „Lachestan”, a jego perska mowa ma bardzo dużo współnego z polszczyzną (niektóre północirańskie języki nawet więcej mają tych podobieństw niż perski, a jeszcze bardziej szokują związki ze starożytnym językiem awestyjskim).

XI Manifest Wolności

Dziś po rozmowie z osobą zarządzającą pewną szkołą, którą bądź co bądź bardzo cenię, smutno mi się zrobiło jak nawet najbardziej wartościowe osoby w świecie edukacji kapitulują przed machiną państwowego wszechogarniającego, totalnego Lewiatana, by w ogóle móc działać otwarcie jako placówka oświatowa, a nie jak żołnierze wyklęci kryjący się po lasach z tajnymi kompletami partyzanckiej edukacji…

Jakże to tak, że podobno żyjemy w „wolnym kraju”, świętujęmy jakąś orwellowską rocznicę „odzyskania wolności w 1989 roku”, a ja muszę poddawać dziecko pod weryfikację komukolwiek kto sprawdza czy moje dziecko „realizuje podstawę programową”? Jak ma się nie burzyć krew wolnego człowieka stepu, gdy mu ktoś nakazuje tak a nie inaczej poddawać dziecię indoktrynacji i decydować chce o „promocji dziecka do następnej klasy” podtrzymując jakąś dziwną abstrakcyjną fikcję działającego dla naszego dobra „systemu edukacji”, podczas gdy poziom analfabetyzmu „wtórnego” i niezrozumienia czytanego tekstu w Polsce jest dziś okrutnie wysoki?? Czy ludzie potrzebują do życia Ministerstwa Dobrych Kroków, by wiedzieć jak się chodzi? To po co nam Ministerstwo Edukacji, które stoi na czele jakiegoś totalitarnego antywolnościowego systemu realnego bareizmu? (Choć ponoć w Kazmierzu Dolnym mieści się Ministerstwo Smaku 😉 )

Czemu służyć ma cała ta machina sprawdzania, odmierzania, przymuszania i udawania, skoro kto ma się nauczyć i tak się nauczy? Jeśli państwowy aparat przymusu tak bardzo chce opiekować się dziećmi naszymi, to czemu nie da nam jeno świetlic dziennych, których dokładne działanie i sposób spędzania tam czasu dzieci zostałby zdecentralizowany do najniższego możliwego poziomu?

To co winno być moim zdaniem główną ideą przyświecającą świetlicom gdzie dziecko może spędzać czas, gdy rodzic wyrabia swą pańszczyznę (ot temat do kolejnych rozważań wolnościowych!), obok zapewnienia dzieciom tyle zdrowego ruchu ile dzieci potrzebują, to nauczanie współżycia w społeczeństwie, empatii, poszanowania drugiej osoby i różnych światopoglądów, higieny, komunikacji, jak również praktycznego odnalezienia się w życiu zależnie od swoich preferencji. Bez żadnych poziomów zaawansowania liczonych promocją z klasy do klasy lub innych dziwactw socjalizmu, etatyzmu, faszyzmu ni innych totalnych systemów kontroli człowieka przez bezduszną machinę „państwa”. Oczywiście jest tutaj bardzo obszerny temat duchowego zniewolenia niektórych rodziców, którzy chcą i pragną, by ich pociechy były tresowane nawet bardziej niż przewiduje ustawa. No coż, wolność Tomku w swoim domku, memu dziecku dajcie sąsiedzi drodzy być sobą, a szanować Waszą odmienność będzie ono niechybnie! Niechaj sobie jedni ludzie otwierają świetlice tresujące dziatki jak Lewiatan, a inni sobie zrobią demokratyczne szkoły po swojemu.

Tak jak wolni i niezłomni ludzie Dzikich Pól stawiali opór Lewiatanowi wkraczającego w ich wolność na pograniczu natury i „cywilizacji”, tak też ja otwarcie zgłaszam swój sprzeciw wobec szaleństwa „systemu” i nie pozwolę by jacyś ślepcy próbowali być moim przewodnikiem, bo jak głoszą słowa klasyka „jeśli ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną” i „kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Kozacka Brać, prowadźmy tabor na Ministerstwo Edukacji Narodowej, by wyzwolić naszych nauczycieli z okowów niewolących procedur i przepisów 😉