Przywitanie wiosny

Zapraszam do lektury relacji z mych najnowszych przygód oraz dziękuję za wszystkie odwiedziny bloga i polubienia mego profilu na Facebooku!

Wielce ciekawym okazał się być tydzień miniony, a właściwie ostatnie 9 dni, chciałbym się tutaj wobec tego podzielić mymi wrażeniami i refleksjami.

We wtorek 12 marca miałem lecieć do Chin, ale sprawy przybrały nieoczekiwany obrót, tak że podróż zakończyłem w Warszawie, a biesada była przednia! W międzyczasie zdążyłem na lipiec umówić się z Romanem przewodnikiem po Naddniestrzu (dość znany zeń już YouTuber!), by od dawnego pogranicza Rzeczypospolitej i Mołdawii rozpocząć sentymentalną podróż po Dzikich Polach. Odrębny artykuł o Dzikich Polach mam nadzieję już wkrótce.

Korzystając z niespodziewanej wizyty w Warszawie, umówiłem się z moim towarzyszem biznesowej doli i niedoli Łukaszem, by w środę 13 marca oddał mi w książkę autorstwa Andrzeja Dziubińskiego pt. „Na szlakach Orientu. Handel między Polską a Imperium Osmańskim w XVI-XVIII wieku”. Dużą część książki autor poświęcił Ormianom i ich losom, a parali się oni wszakże handlem pomiędzy Rzecząpospolitą a Persją, a czasami nawet i dalekimi Indiami. Ich awanturnicze przygody na szlakach handlowych to wspaniały temat na całą serię artykułów na mym blogu.

Dobre kilka lat trzymał tę książkę ów druh mój nicpoń, więc skoro nadarzyła się okazja, chciałem ją czem prędzej odzyskać. I w czasie oczekiwania na spotkanie natchnęło mnie!

Ta książka sprowadziła me zainteresowania na handlowe relacje dawnej Rzeczypospolitej, była dla mnie wielkim odkryciem, poszerzyła niesamowicie me horyzonty!

Pomyślałem wonczas czy w Warszawie jest li jakowyś ośrodek kultury ormiańskiej? Nie wiem czy zasługa była to porannej kawy czy innego olśnienia, w każdym razie sprawy potoczyły się dynamicznie, od wyszukiwania w internecie po krótki spacer i zadzwonienie do Fundacji Kultury i Dziedzictwa Ormian Polskich aż w końcu… bam! Po półgodzinnej podróży znalazłem się  w mieszkaniu pana Jana Abgarowicza, prezesa tejże fundacji! Dziękuję bardzo Panie Janie za miłe przyjęcie! Na załączonym obrazku publikacje jakie miałem możliwość zobaczyć u pana Jana, z których dużą część zakupiłem.

Niesamowite książki dla takiego pasjonaty niszowych zagadnień epoki staropolskiej jak ja
Kalendarz też dostałem przedni
Ta książka wybiegała poza mój główny obszar zainteresowań, choć tematyka żydowska jak najbardziej mnie pasjonuje

Rozmowa z panem Janem była bardzo interesująca, musimy się znów spotkać i omówić szereg ciekawych tematów. Jeśli czytelnicy mają jakieś pytania dotyczące Ormian lub handlu z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, chętnie o nich porozmawiam z panem prezesem fundacji i zdam relację na blogu, może nawet nagram cały wywiad. Najpierw przeczytam jednak to, co pan Jan mi udostępnił, bym mógł lepiej poznać mentalność ormiańską, co będzie też pewnie z korzyścią dla mej działalności kupieckiej. Mam wrażenie, że w głównym nurcie kultury polskiej ducha kupieckiego w ogóle nie ma. Całe szczęście od Chińczyków nabrałem już niemało mądrości biznesowej, a także od pochodzących z Izraela znajomych  handlujących w Chinach. Idąc także za duchem kupieckim, w mej zabawie w rekonstrukcję historyczną kompletuję sukcesywnie strój mieszczanina pruskiego z siedemnastego wieku, by nie tylko wojenny lud miał swą reprezentację na imprezach historycznych.

A skoro już zahaczyłem o Chiny, to pozwalając sobie na małą dygresję (a bo kto mi zabroni na własnym blogu czegokolwiek? 😉 ) – na liście mych spraw jest także przeczytanie książki poświęconej Michałowi Boymowi, jezuicie pochodzącemu z Polski, a działającemu w Chinach w XVII wieku. Na prezentację książki na jego temat w Gdańsku niestety nie udało mi się wyrobić.

Wracając zaś do spotkania z panem prezesem Fundacji Dziedzictwa i Kultury Ormian Polskich, to oprócz rozmów na temat ormiańskiej obecności we Lwowie oraz Kamieńcu Podolskim, udziale Ormian w dawnym handlu oraz dyplomatycznej służbie Rzeczypospolitej, dotknęliśmy również tematu książki pana doktora Radosława Sikory pt. „Husaria. Duma polskiego oręża”, którą swoją drogą miałem już okazję zauważyć w księgarni, choć nie zajrzałem doń nawet. Pan Jan był właśnie w trakcie lektury tej książki, a okazało się, że i ja nie mogę przejść obok niej obojętnie, bo oto kolejny raz stało się coś niesamowitego. Zaledwie kilka dni po wizycie u pana Jana, zupełnie niespodziewanie z „fejsbóczkowego” profilu mego elbląskiego pruskiego druha Piotra dowiedzałem się, że w poniedziałek 18 marca tenże doktor Sikora ma swe spotkanie autorskie na zamku w Malborku! Wola li to Opatrzności czy też mej podświadomej siły sprawczej, nie wiem, ale nie oddając się zbędnym dywagacjom nad Kołem Fortuny, udałem się pełen entuzjazmu, na przysłowiowym „spontanie”, stawić czoła intelektualnej przygodzie. Z resztą z mego Elbląga blisko do Malborka, raptem trzydzieści minut podróży autem i jestem na zamku u Wielkiego Mistrza. Załączam kilka zdjęć z tego spotkania. 

Wspólne zdjęciem z panem doktorem Radosławem Sikorą
Spotkanie o husarii u Wielkiego Mistrza
Zacne fotografie husarskich towarzyszy
Dedykacja od autora

Pan doktor Radosław Sikora bardzo ciekawie opowiadał, zadałem nawet kilka pytań, po których znać było, żem człek zainteresowany iście niszowymi tematami tj. status majątkowy towarzyszy husarskich prywatnych chorągwi magnackich – czyli jaka część z nich była posiadaczami własnej ziemi, a jaka dysponowała ziemią na zasadzie dzierżawy lub innej formy użytkowania magnackiej ziemi. Pan doktor odesłał mnie to prac naukowych pani profesor Urszuli Augustyniak, z którą miałem już przyjemność się trochę zapoznać czytając jej artykuł w pracy zbiorowej pt. „Patron i dwór. Magnateria Rzeczypospolitej w XVI-XVIII wieku.” Zapewne wiele osób nie rozumie dlaczego tak dalece ekscytuję się, gdy w me ręce wpada jakaś dogłębna monografia dotycząca bardzo niszowych tematów ze staropolskiego okresu, ale nie dziwię się im, bo ja tak naprawdę też nie mam pojęcia skąd u mnie taka właśnie pasja! 😀

Zmieniając zaś nieco temat, choć wciaż pozostając w Prusiech, to wspomnę, iż byłem nie tylko w Malborku, ale także we Fromborku, a był to czwartek 14 marca. Co więcej, pomimo zimnej pogody i remontu na wzgórzu katedralnym, zostałem wraz z moimi towarzyszami gorąco przyjęty przez pana Jędrzeja, właściciela dawnej wieży wodnej we Fromborku, dziś będącej kawiarnią, sklepem z pamiątkami oraz punktem widokowym na malowniczy Zalew Wiślany. Dzięki wielkie dla Grzegorza Kuczaby, który był zarówno moim jak i Jędrzeja nauczycielem nie aż tak dawno temu, bowiem to między innymi z Grzegorzem udałem się w tę podróż śladami Kopernika. Z racji nieprzyjemnej pogody zdjęciami widoków się nie pochwalę, ale mam za to coś innego! Zakupiłem zebrane dzieła Mikołaja Kopernika, szok! Kolejna niszowa publikacja trafiła w moje ręce, tomiszcze na prawie pięćset stron format bodajże A3 napisane łaciną i tłumaczone na język polski! Dzięki wielkie dla Fundacji Nicolaus Copernicus za kolejną okazję, bym odchudził mą sakwę.

„Husaria” dla porównania rozmiarów
Rozprawa Kopernika z dziedziny geometrii, a dokładniej mówiąc z trygonometrii, czyli omówienie trójkątów, to dopiero intelektualne katharsis dla niszoholika 😉

Mam nadzieję niebawem zawitać do Fromborka ponownie, zrobić trochę zdjęć przy ładnej pogodzie, a do tego zacząć publikować video blog, do którego póki co czynię próbne nagrania.

Dziś natomiast, na przywitanie wiosny astronomicznej, odwiedziłem nasz pruski Gdańsk udając się na targi branży bursztyniarskiej. Spotkałem się z moimi znajomymi z Danii (Michelle poznałem dziesięć lat temu podczas wspólnych studiów w Chinach, ot koleje losu!), i nie byłbym sobą, gdybym nie opowiedział im o dawnym Gdańsku, jego roli dla Rzeczypospolitej oraz związkach z Danią – nawet nazwa Gdańska może mieć swój duński źródłosłów. Historii handlu bursztynem już też poświęciłem trochę czasu, choć właśnie okres pomiędzy drugim pokojem toruńskim oraz hołdzie pruskim a zaborami wciąż jest dla mnie mało znany. Szukam niszowych pozycji o zmianie prawodawstwa krzyżackiego dotyczącego wydobycia bursztynu  po 1466 roku na terenie Prus Królewskich oraz po 1525 roku po sekularyzazji zakonu krzyżackiego w Prusach Książęcych. Ktoś zapyta może po co mi to, a ja wówczas odpowiem snując opowieść o wizji gangsterskiego scenariusza na film lub książkę osadzonego w realiach siedemnastowiecznych pruskich miast, gdy szwedzka armia atakuje, zmieniają się relacje w lokalnych układach polityczno-biznesowo-mafijnych, i różne frakcje walczą o kontrolę nad intratnym handlem złotem Bałtyku. Czy ormiańscy kupcy ze Lwowa dostaną na czas towar, na jaki czekają ich klienci w Konstantynopolu? Pomysłów na pasjonujący film lub nawet grę osadzoną w naszych dawnych realiach można wymyślić bez liku, a nie muszą być one przecież w stu procentach historyczne. Luźno związana z historią awanturnicza opowieść może zebrać szerokie rzesze fanów i przyciągnąć uwagę turystów z całego świata na Bursztynowe Wybrzeże. 

Taki bursztynowy okręt skłonił mnie do refleksji nad kupieckim kosmopolitycznym duchem Gdańska

Kończąc tę dzisiejszą opowieść o podróżach i przemyśleniach ostatnich kilku dni, zwracam uwagę na to jak dużo ma do zaoferowania historia Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która spłycana bywa często do jeno losów szlachty i wojen. Czy to właśnie taka postawa mogła być powodem wypalenia się formuły gry fabularnej „Dzikie Pola. Rzeczpospolita w ogniu”? Można spojrzeć na krainę naszych przodków na wiele różnych sposobów, z różnych kątów, odnajdując tam jak najbardziej wiele ciekawostek związanych ze światem biznesu, choć wtedy nawet jeszcze nie znano u nas tego słowa 😉 Wędrując od ormiańskiego Kamieńca i Lwowa po niderlandzko-pruski kosmopolityczny Gdańsk, można obok obrosłej w mity szlachty odkryć zupełnie inny tętniący życiem świat.

Dywagacje o „kobiecie”

Napisać miałem o inspiracji „dniem wczorajszym”, ale widzę po nocnej godzinie, iż zacząć należy trochę inaczej, a zatem jeszcze raz 😉

Dzień przedwczorajszy, we współczesnym polskim języku Międzynarodowym Dniem Kobiet zwany, zainspirował mnie do przyjrzenia się sprawie ewolucji języka, a właściwie zmiany znaczenia i wydźwięku pewnych słów. W polszczyźnie sprzed czterech stuleci nikt nie ośmieliłby się oficjalnie na takie nazwanie święta wypadającego ósmego marca, ba! w Rzeczypospolitej szlacheckiej elita nie dopuściłaby zapewne w ogóle do nadania oficjalnego statusu świętu o komunistycznym rodowodzie (dla tych, którzy nie znają powodu ustanowienia ósmego marca Dniem Kobiet – w 1917 roku tegoż dnia miały miejsce w Rosji kobiece strajki, a już po obaleniu cara władze sowieckie nadały mu status święta państwowego, od 1965 roku wolnego od pracy, choć pierwszymi promotorkami święta kobiet były działaczki Socjalistycznej Partii Ameryki).

No właśnie, cóż zatem oznaczało słowo „kobieta”, o które się tutaj rozchodzi? Co do dokładnej etymologii, jak się okazuje, nie ma pewności, bo na przykład tłumaczenie Aleksandra Brücknera zawarte w Słowniku etymologicznym języka polskiego, jakoby słowo to pochodziło od staropolskiego wyrazu „kob”, czyli „chlewa” i było spokrewnione z „kobyłą” budzi kontrowersje wśród językoznawców. Tak czy owak, źródła poświadczają obraźliwy charakter słowa „kobieta”, choć używane jako obelga było pośród szlachty i mieszczan.

I tak sobie myślę, że słowo „kobieta” przejść mogło swoją ewolucję podobną do wyrazu „chłop”, który był w czasach państwa szlacheckiego również swoistą obelgą, a podobno wywodził się do tego od słowa określającego niewolnika! I tak jak poprzez emancypację ludności wiejskiej w XIX/XX wieku chłop nabrał neutralnego znaczenia do tego stopnia, że Polskie Stronnictwo Ludowe otwarcie mówiło o obronie interesu chłopów, a słowo „kmieć” zupełnie wyszło z użycia, i tak też moim zdaniem było z prostą pospolitą pochodzącą z ludu „kobietą”, która w miarę rozszerzania się polskiej tożsamości ogólnonarodowej na lud (Sarmata rzekłby „o tempora o mores!, gdzie Naród gdzie chamy!?”) wyparła „szlachetniejsze” niegdyś „białogłowy i niewiasty”.

Tak sobie zatem myślę, że słowo „kobieta” bardzo dobrze oddaje ducha pierwszych promotorek tegoż święta, bowiem ma w sobie ten „spracowany po łokcie w pocie czoła” ludowo-robotniczy wydźwięk. I to właśnie ludowe wiejskie konotacje tego słowa, niekoniecznie z jakimkolwiek chlewem powiązane, było samo przez się obrazą dla pań szlachcianek lub nieźle sytuaowanych mieszczanek. Z resztą do dziś negatywny sens zachowała „kobieta” przynajmniej w części dawnej Rzeczypospolitej: południowo-zachodnio-huculskiej części dzisiejszej Ukrainy, bom srogie zdziwienie wywołał u mej przyjaciółki pochodzącej z tamtych stron, gdym rzekł jej podczas naszych studiów w dalekich Chinach, że „kobieta” to właśnie to nasze normalne słowo na płeć piękną.

Ponadto omawiając kwestię „kobiety”, warto zwrócić uwagę na słowo „żona”, które to z ogólnego określenia na dojrzałe osoby płci pięknej, jak to dalej ma miejsce w innych językach słowiańskich (jak choćby w mych ukochanych południowosłowiańskich językach), w polszczyźnie nabrało stricte znaczenia osoby w związku małżeńskim z mężem, który też niegdyś był – nomen omen – po prostu dorosłą osobą płci męskiej. Pomimo tego, w określeniu nazwy płci oraz rodzaju gramatycznego wciąż używamy przymiotnika „żeński”, a określenie „kobiecy” ma zgoła inny subtelniejszy wydźwięk, dajmy na to „kobiecy wdzięk”.

Ciekawa jest też sprawa słowa „wiedźma”, którego historia równie burzliwa jak „kobiety”, tylko że w drugą stronę – od normalnego do obelżywego, ale o niej później. Inne słówka, jakim być może kiedyś poświęcę nieco czasu i atramentu, to na przykład impreza, harce i swawole (jakaż dobrana para!) oraz crème de la crème – tak wulgarny dziś kutas – kto czytał „Pana Tadeusza”, ten wie o czym mowa 😉

Szczególnie pragnę podziękować za wkład w poszerzanie mych horyzontów oraz wiedzy specjalistycznej Poradni Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego za swój wpis o „kobiecie” na swym profilu Facebook z dnia 7 marca 2013 roku https://www.facebook.com/por.jez.ijp.us/photos/jaka-jest-etymologia-wyrazu-kobietaustalenie-pochodzenia-tego-wyrazu-jest-niezwy/275667105898872/ oraz twórcom treści internetowej strony Słownika Języka Polskiego Polskiego Wydawnictwa Naukowego dostępnej pod linkiem https://sjp.pwn.pl/ciekawostki/haslo/kobieta;5757019.html, jak również autorom artykułów na Wikipedii o historii Dnia Kobiet i ruchów feministyczno-komunistycznych.

Azjatka z dawną bronią palną niemałych rozmiarów
Kozaka ustrzeliła z półhaka
Za „kobietę” obrażona taka

Zdjęcie z czasów imprezy historycznej w Zamościu
(ta pani z pistoletem też już przeszła do historii,
ale za to zdjęcie jakież zostało mi zacne!)

Entuzjazm przede wszystkim

Wczoraj byłem w Gdańsku na spotkaniu z Andre Sternem (https://www.andrestern.com/pl/home.html), francuskim pisarzem, muzykiem, kompozytorem… po prostu prawdziwym humanistą, osobą, której poglądy można by streścić jednym cytatem, podobno autorstwa Henryka Sienkiewicza: „prawdziwym powołaniem człowieka jest to tylko, do czego upodobania i zdolności go pociągają”.

Zgadzam się z Andre Sternem i Henrykiem Sienkiewiczem w tej materii. Pełen entuzjazmu podchodzę do mego blogu, rozmawiam o różnych pomysłach na jego rozwój, tematach na wpisy, a nawet video blogu. Widzę gdzie powinienem douczyć się w obsłudze technologii i sprawia mi to radość, bo z wielką radością odbieram możliwość nauczenia się czegoś nowego. Szukam najlepszej wtyczki do włączenia usługi newslettera, przeglądam również inne wtyczki, które mogą okazać się użyteczne.

Dziś idąc za głosem serca w poszukiwaniu inspiracji rozmawiałem z panią doktor Adrianną Adamczyk-Świechowską, wielką znawczynią twórczości i życia Henryka Sienkiewicza (http://sienkiewicz.al.uw.edu.pl/adrianna-adamek-swiechowska). Spotkałem się również z mym przyjacielem operatorem drona, by porozmawiać o pomyśle wyprawy śladami Trylogii, poczynając od relacji z miejsc znanych z kart Ogniem i Mieczem. Mam znajomych na Ukrainie, tytuł bloga to, bądź co bądź, DZIKIE POLA, tym bardziej podróż na dawne wschodnio-południowe rubieże dawnej Reczypospolitej Obojga Narodów i zobaczenie na własne oczy terenu dawnych Dzikich Pól, jest nieuniknione. Swoją drogą obejrzałem wczoraj trailer ukraińskiego filmu pt. „Dzikie Pola” o współczesnych realiach Donbasu, zapowiada się ciekawie.

Tak czy owak, dopóki nie wyruszyłem jeszcze w żadną daleką sentymentalną podróż ku Dzikim Polom, zamierzam wypożyczyć książkę ukraińskiej historyczki pani profesor Natalii Jakowenko o Historii Ukrainy do 1795 roku, odświeżyć wiedzę oraz dowiedzieć się czegoś nowego o Rzeczypospolitej z innej persketywy. Czytałem dobre opinie o tej książce, a że mam u siebie jedną pozycję autorstwa pani Jakowenko, to wierzę tym bardziej pozytywnym recenzjom.

I na koniec przyznaję, że nie wiem jeszcze jak wyjustować ten tekst na blogu, widzę tylko wyrównanie do lewej, środka lub prawej, ale nie zrażam się, może kiedyś znajdę właściwą opcję… Jako miłośnik ciągłych dygresji pewnie bym coś jeszcze dodał, ale muszę kończyć, bo za kwadrans prowadzę zajęcia z języka chińskiego 😉

 

Początki zabawy w rekonstrukcję historyczną
kompletuję już nowy lepszy strój, koszula, wams i pludry uszyte, a w sprawie butów właśnie przesłałem zapytanie