XII Dzikie Pola: Kolonizacja tudzież staropolskiej przygody tworzenia ciąg dalszy

Miałem pisać jakieś podsumowanie roku, ale pal licho, po co komu kolejne rozczulanie się i rozliczanie, przejdźmy lepiej to tematyki gry fabularnej „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, mam bowiem pewne świeże przemyślenia jej dotyczące, a konkretnie rozwinięcia rozgrywki o sprawy kolonizacji Dzikich Pól, poszerzania się „cywilizowanego osadnictwa” i ładu państwowego w głąb dziczy.

Jestem świeżo po lekturze podręcznika do amerykańskiej gry fabularnej „Aces & Eights”, która daje graczom szansę wczuć się w osoby żyjące na skraju cywilizacji w Ameryce Północnej w drugiej połowie XIX wieku. Jest to gra realistyczna, nie to co „Deadlands” mieszające konwencję Dzikiego Zachodu z horrorem, niemniej jednak zakłada alternatywną linię historyczną. Nie tylko przebieg wojny secesyjnej był inny niż w rzeczywistości – co sprawia, że mamy do czynienia z istnieniem zarówno USA jak i CSA (Skonfederowane Stany Ameryki). Autorzy pogrzebali przy historii trochę głębiej, przez co istnieje w uniwersum gry niepodległa Republika Teksasu, a terytorium Meksyku wciąż obejmuje Kalifornię i inne stany, jakie w rzeczywistości Meksyk utracił na rzecz USA w 1848 roku.

No i właśnie pomyślałem sobie, że w naszych rodzimych „Dzikich Polach” także możemy sobie założyć realia, które dadzą nam z jednej większe pole do prowadzenia przygód awanturniczo-ekonomicznych (czyli bohaterowie graczy budują swoje majątki na pograniczu Dzikich Pól), a jednocześnie pozwolą unikąć oczekiwania przez biegłych w wiedzy historycznej graczy wydarzeń zgodnie z linią historyczną naszej rzeczywistości.

Jest kilka możliwości alternatywnej historii, które możemy wykorzystać na potrzeby naszej rozgrywki, o których za chwilę. Najpierw jednak wspomnę, że już kiedyś Jegomość Michał Mochocki, współtworca drugiej edycji gry „Dzikie Pola: Rzeczpospolita w ogniu”, w miesięczniku Portal miał swój cykl pt. „Nowe Dzikie Pola”, później zwany „Dzikie Pola: Posesjonat”, który rozszerzał mechanikę gry właśnie o kwestie gospodarcze prowadzenia szlacheckiego folwarku. Ja w tym wpisie idę po tej lini „Posesjonata”, skupiając się jednak głównie na karierze bohaterów na terenach Ukrainy, przy jednoczesnym rozszerzeniu tematyki o postaci „nieszlacheckie”. Z drugiej zaś strony, nie mówię póki co o mechanice, która dla choćby wypasu bydła w „Aces & Eights” jest nieźle rozbudowana, ale skupiam się póki co na potencjalnych realiach, w jakich rozgrywkę można umieścić.

A zatem, po pierwsze, możemy po prostu zacząć od roku 1638, gdy po powstaniu Ostranicy i Huni zapanował „złoty pokój” – czas intesywnej kolonizacji dziewiczych rejonów Ukrainy. Kres temu okresowi położyło powstanie Chmielnickiego w 1648 roku. Tutaj zaś, można historię zmodyfikować tak, aby powstanie nie powiodło się lub do niego nie doszło, aby kolonizacja trwała dalej nieprzerwanie, a niepokoje i problemy społeczne naturalnie wciąż się nawarstwiały, tyle że już bez możliwości sprawdzenia przez graczy w podręczniku do historii co będzie za miesiąc się działo 😉

Oczywiście, po drugie, można także zaczynać po takim nieudanym powstaniu lub śmierci Chmielnickiego zduszonego przez służbę swego wroga Czaplińskiego w stepie. Można przemyśleć kilka sposobów ominięcia nieszczęścia 1648 roku, najważniejsze rzecz jasna, by zapewnić sobie warunki do prowadzenia „Dzikich Pól: Kolonizacji” zamiast „DP: Rzeczypospolitej w ogniu”.

Swoją drogą, pomimo chwytliwego podtytułu, w podręczniku nie zauważyłem tego „ognia”, nie było też „posesjonata” w duchu publikacja imć Michała Mochockiego. Ja bym raczej podsumował podręcznik gry jako „Dzikie Pola: SWAWOLNA KOMPANIA” 😉 Oczywiście ewentualna rozgrywka rozpoczynająca się od powstania Chmielnickiego i przeprowadzona przez wszystkie straszliwe wojny okresu 1648-1699 to jak najbardziej dobry, choć może zbyt monotonny „setting”, który można nazywać mianem „Rzeczypospolitej w ogniu”.

Wracając jednak do „DP: Kolonizacji”, inną opcją może być głębsze pogrzebanie w historii, żeby na przykład dalej rządzili Jagiellonowie, ale to też wymaga przemyślenia skomplikowanych kwestii unii lubelskiej i innych szczegółów. No ale właśnie szukałem sposobu jak obronną ręką wyprowadzić Rzeczpospolitą z wojny z Moskwą w latach 1660-1667 tak by nie traciła ona Lewobrzeżnej Ukrainy i można było dalej prowadzić kolonizację po okresie krwawej wojny, a właśnie nieumiejętna polityka dworu Jana Kazimierza po polskich sukcesach militarnych doprowadziła do tak haniebnego rozejmu w Andruszowie w 1667 roku, utraty Smoleńska, Kijowa i dużej części Ukrainy. I może właśnie pokombinowanie z inną sytuacją na dworze, inną linią dynastyczną, dałoby odpowiedni efekt? Tylko że zmiana historii tak głęboko, by Jagiellonowie dalej panowali w 1667 roku aż prosi się o przeniesienie rozgrywki do XVI wieku, na sam początek alternatywnej linii historycznej.

Tak czy owak, głównym celem jest tutaj uzyskanie pewnych „stabilnych” realiów rozgrywki, naszego „Dzikiego Wschodu”, na którym bohaterowie zarówno szlachty, jak również prostych Kozaków, a nawet mieszczan lub Żydów (aż się prosi o rozszerzenie „Dzikie Pola: Żydzi” ! 😉 ) chcą budować swoje nowe życie. Tutaj zaś mamy całą gamę możliwości: zakładanie swego dworu tudzież chutoru; branie ziemi w dzierżawę od wielkich posiadaczy ziemskich lub walka o zachowanie swego dzikiego kawałka ziemi w konfrontacji z magnatem (popularny konflikt na linii Kozak-magnat); służba przy przepędzaniu bydła i koni z Ukrainy hen przez Ruś Czerwoną, Małopolskę aż do Śląska (przygody iście w stylu amerykańskich kowbojów ze wspominanej dziś gry „Aces & Eights”! ); działalność handlowa, rzemieślnicza; służba u możnego pana jako ekonom, dworzanin, żołnierz; posługa duchownego, może jako orędownik unii prawosławia z papiestwem, albo może wręcz przeciwnie obrońca niezależności prawosławia, może nawet jako nauczyciel słynnego Kolegium Kijowsko-Mohylańskiego, czyli pierwszego nowoczesnego kolegium prawosławnego na modłę jezuicką utworzonego w 1632 roku w Kijowie. Naturalnie jako Kozak można sobie jeszcze spędzać czas na polowaniu, łowiectwie, połowie ryb, a od czasu do czasu na jakąś bliższą lub dalszą wojenną awanturę wybrać się z innymi mołojcami. Z resztą, zwykli rzezimieszkowie i wszelkiej maści przestępcy jak najbardziej też mogą znaleźć na Ukrainie swoje miejsce, a dobrym przyczynkiem do ich przygód może być jedna z książek w mej biblioteczce pt. „Złoczyńcy. Przestępczość w Koronie w drugiej połowie XVI i w pierwszej połowie XVII wieku”.

To dopiero początek rozważań nad tematem kierunku rozgrywki w klimacie „Dzikie Pola: Kolonizacja”. Myślę już jak lepiej dać zabłysnąć osobom realizującym się w „tradycyjnie kobiecych rolach społecznych tamtego okresu” 😉 Tak czy owak, zajrzę najpierw sobie do twórczości Jegomości Michała Mochockiego w „Portalu” sprawdzić co tam dokładnie w cyklu „Nowe Dzikie Pola”/”Dzikie Pola: Posesjonat” proponował, jak również poczytam więcej o działalności kolonizacyjnej magnaterii, powstawaniu nowych miast na Ukrainie w XVII, o życiu gospodarczym tamtego okresu itd. Póki co mam bardzo szczątkową i ogólną wiedzą na temat hodowli bydła i koni w tamtych realiach, a to może być bardzo ciekawy temat dla zarówno wprowadzenia elementów gry ekonomicznej do rozgrywki, jak również zachowania awanturniczego charakteru rozgrywki staropolsko-ruskimi „kowbojami” 😉

Francuskich wojaży opisanie VIII/2019

Ostatni dzień sierpnia, to trzeba przysiąść dokończyć relację z przygód miesiąca tegoż. Poprzedni raz zabrałem się jako tako za pisanie trzy tygodnie temu we Francji. Chciałem napisać “usiadłem do pisania”, ale przecież klęczałem wtedy oparty o łóżko w hotelu 😉

I przyznać się muszę bez bicia, że zawsze ociągam się z napisaniem czegoś, jakby to była rzecz wymagająca niezwykłego namaszczenia i specjalnych warunków, ciszy, spokoju, ładnej pogody… Różne rzeczy wymyślałem, ale dość już! W tej Francji dałem radę pisać nawet przy dziecku oglądającym bajki po francusku, a do tego na klęczkach (może to akurat jest nabożne i z namaszczeniem potraktowanie pisania? 😉 ).

Miałem wielce ambitny plan pojechać jeszcze w lipcu na Ukrainę, w rejon historycznych Dzikich Pól oraz wiele innych miejsc znanych z historii Rzeczypospolitej, literatury pięknej i w ogóle historii naszej części Europy. Umówiłem się wstępnie na kilka spoktań z rekonstruktorami historycznymi, dyrektorem muzeum, twórcami gry paragrafowej o Kozakach na Androida oraz jednym politykiem. Wszystko jednak odkładałem, bo ciągle coś kombinowałem przy samochodzie, naprawiałem, poprawiałem, podłączałem instalację LPG, znowu naprawiałem błędy powstałem w wyniku dołożenia tej instalacji i w końcu nie pojechałem.

Odłożyłem wyjazd na trochę później, a wpadł za to nowy pomysł, by zdobyć więcej sławy, zasięgu oraz przede wszystkim stworzyć ciekawy materiał na blog. Doktor Radosław Sikora szukał bowiem osoby, która zrealizowałaby relację wideo z wyprawy polskiej delegacji rekonstruktorów historycznych na imprezę w Lermie w Hiszpanii w klimacie XVII wieku – poselstwo króla polskiego do króla Hiszpanii! Zgłosiłem się na ochotnika, pragnienie przygody i awanturnicza swawolna dusza przytłumiły rozsądek, zlekceważyłem wciąż nie do końca pewną sytuację z autem i pojechałem do Hiszpanii. Nie dość, że niedokładnie wyliczyłem sobie koszty wynikające z paliwa i autostrad francuskich, do tego opóźniłem jeszcze się o kilka godzin szukając na ostatnią chwilę przejściówek do tankowania LPG w Niemczech (choć okazało się, że dałoby radę i bez tych przejściówek), to 2 sierpnia po przejechaniu 2000 kilometrów trafiłem na najgorsze w ciągu całego roku korki na trasie przelotowej przez Bordeaux, czyli pierwszy piątek sierpnia zwany „czarnym piątkiem”, gdy wielka część Francuzów rusza na urlop. No i moje auto nie podołało, w gorącej temperaturze w bezruchu po prostu mi zgasło, nie chciało odpalić… Zostałem sholowany przez pomoc drogową, zapłaciłem trochę za to (zabrałem się w drogę nawet nie upewniwszy się co do posiadania usługi Assistance! Nie wiem jak to się stało, ale nie miałem tego pomimo posiadania rok wcześniej…). Potem na chłodniejszym silniku udało się odpalić i odjechać, ale problemy z autem nie minęły, zdarzało mu się gasnąć, przejeżdzało od 15 minut do godziny, rozgrzane nie odpalało, oj nie popisałem się kierując się mą ułańską fantazją! Nauczkę swoją odebrałem, a pomocni właściciele winiarni i domu na wynajem dla turystów nie dość, że nakarmili mnie i me dziecko przy rodzinnym obiedzie, to jeszcze wskazali gdzie szukać mogę mechanika. Tak trafiłem w końcu do hotelu Ibis Budget w mieście Bergerac („berżerak” po naszemu, albo „brazeira” jeśli wersja ma być oksytańska 😉 ) gdzie wielką pomoc okazała mi pracująca tam Polka! Dzięki wielkie dla Wiolety rodem z Gdyni! Akurat była na zmianie, gdy przyjechaliśmy, Chwała Bogu 😀 Pomogła mi doradzając, dzwoniąc do mechaników w tygodniu, wskazując miejsca na planie miasta, dając kontakt do kilku osób. Pomogły mi też osoby z grup na Facebook Polacy we Francji i Polacy w Bordeaux. Wielkie dzięki dla wszystkich za pomoc!

Miałem trochę doła, idąc w końcu na stare miasto Bergerac nie przebrałem się w mój historyczny strój jak miałem wcześniej w planie, żeby się pokazać obok pomnika lokalnego bohatera Cirano de Bergerac (bohater historyczny, literacki oraz filmowy odegrany nawet przez słynnego „Rosjanina” „Żerarda Depardie” vel Obelixa 😉 ). Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę jak znana jest to postać literacka, w polskim Teatrze Telewizji odegrana przez Piotra Fronczewskiego.

Link do polskiej adaptacji sztuki „Cyrano De Bergerac” z 1980 roku

Wtedy też na starym mieście Bergerac taka niespodzianka mnie spotkała! Występ lokalnej grupy folkowej Les Abeilles Bergeracoises w strojach regionalnych! Gdbym tańcował z nimi w moim stroju Prusaka to by dopiero była atrakcja! No ale nic to, i tak było fajnie. Kilka osób znało wśród tych osób język oksytański wyparty niemal zupełnie przez przybyłą z północy i narzuconą przez aparat państwowy francuszczyznę. Mi się jednak oksytański bardziej podoba niż paryska mowa, skoro już tu trafiłem, to może jakiś separatystyczny ruch Królestwa Wizygotów założę z tymi dziadkami, jakąś Sicz Wizygotów, a mnie obiorą atamanem koszowym ;). Podniesiony na duchu następnego dnia wróciłem na Stare Miasto w przebraniu Prusaka budząc pewne zainteresowanie turystów i mieszkańców Brazeirac. Uprzedzony przez Wioletę nie pokazywałem się z mą szablą, bo podobno we Francji broni białej nie można sobie tak swobodnie jak w Polsce posiadać i się z nią obnosić…

No właśnie, ale przecież mój blog nazywa się Dzikie Pola, a nie Dzika Akwitania, a ja zawędrowałem zupełnie w inną stronę Europy. No cóż, ta wyprawa i jej nieoczekiwany obrót dużo mnie nauczyły, między innymi o moim podejściu do planowania ostatnimi laty oraz o ostrożności finansowej. Lekcję swoją odebrałem, sądzę, że dobrze zapadnie mi w pamięć… Gdy jeden mechanik nazwał mnie nieodpowiedzialną osobą, by jechać takim starym autem w tak daleką wyprawę do Francji, nie sposób było się z nim nie zgodzić. Sierpień, czas urlopów mechaników (i wielu innych), zlekceważenie ubezpieczenia auta na awarię za granicą, a do tego nieznajomość francuskiej sytuacji motoryzacyjnej-nieprzystosowanie większości serwisów do tak starych aut jak moje (1998) – nie mają przejściówek na taki stary typ komputera samochodowego jak mój… Choć może jeszcze starsze auto byłoby lepsze – wtedy bez komputera (prawie) każda awaria to prosta sprawa mechaniczna. Toyota Camry na przykład – tak słyszałem. Ponadto, bardzo mało salonów obsługuje auta z instalacją LPG, podobno warsztat samochodowy musi mieć specjalne pozwolenie, by w ogóle dotykać się auta z LPG, a do tego nie jest popularne robić sobie takie przeróbki. Francuzi bogaci są najwyraźniej, wolą tankować benzynę w cenie 1,5 euro za litr zamiat LPG w cenie 0,8 eur… A na autostradzie LPG dochodzi do ceny 1 euro za litr! Ot o taką wiedzę jestem mądrzejszy dzięki zamiłowaniu do historii staropolskiej…

Dowiedziałem się dzięki tej przygodzie więcej o samochodach, ich naprawach, o Polonii we Francji, o samej Francji, a także o wożeniu aut lawetami, zakupach samochodów za granicą, a do tego odwiedziłem afgański bar ćwicząc swój perski język – zawsze jakieś pozytywy (tak się oszukuję 😉 ). No ale ani na rekonstrukcję historyczną do Lermy, ani do Gniewu, się nie załapałem. Krótko mówiąc pechowy ten rok był do tej pory jeśli chodzi o to moje hobby historyczne, co wyraziła „pani ze sklepiku” w Chateau Fort de Roquetaillade (vide mój kanał YouTube) francuskim terminem „pas de chance”… Akurat z tego spotkania z Afgańczykami to się chyba najbardziej ucieszyłem, bo najbardziej swojsko się z nimi czułem – Afgańczycy ludzie to elastyczni, o 22 w nocy chcieli by ogarniać mechanika Afgańczyka, ale nie miał on komputera do sprawdzenia mojego auta. W ogóle mówił mi szef tego baru, że afgański mechanik o pierwszej lub drugiej w nocy wstanie pomóc jak jest potrzeba. Z takimi ludźmi czuję się równie swojsko jak na Bałkanach – tam w wakacje 2017 roku też od ręki mi napriawiali auto mechanicy kumple mego przyjaciela. Krótko mówiąc do zachodniej Europy lepiej wybierać się samolotem lub innymi środkami transportu grupowego, a na miejscu ewentualnie wynając sobie auto, albo jeszcze lepiej iść pieszo (jak pewna Szwajcarka jaką spotkałem z 2 psami obok Elbląga 2 tygodnie temu) lub rowerem (jak mój gospodarz z Couchsufing Jean z Langon, który przez pół roku jeździł po Europie rowerem odwiedzając także Polskę) – po torturowaniu kręgosłupa wielogodzinną jazdą doceniam naturalne sposoby podróżowania pozwalające kręgosłupowi działać tak jak powinien.

Tak czy owak, udało mi się wreszcie wrócić do Polski. Dziękuję bardzo wszystkim osobom, które poprzez zbiórkę https://zrzutka.pl/hckm5u wsparły mój powrót do Polski. 10 sierpnia o godz. 15 wsiedliśmy do busa i załadowaliśmy auto na lawetę jadącą za busem, by 12 sierpnia o godz. 4:30 rano dotrzeć do Warszawy zostawiając auto na kilka dni na parkingu obok Ikei Targówek, samemu dwie godziny później jadąc do Elbląga z kierowcą poznanym porzez BlaBlaCar. Te ponad 40 godzin powrotnej podróży minęło szybciej niż podróż do Francji – oto kolejna zaleta bycia pasażerem, a nie kierowcą. W busie odpowiedzalną pracę przywiezienia nas do domu wykonywało dwóch kierowców z Polski śpiących na zmianę w tymże pojeździe.

No cóż, pozostaje mi teraz jeszcze zmontować filmy z wyprawy. Kręcenie materiałów wideo jest jednak bardziej pracochłonne niż myślałem zanim się za to zabrałem. Choć może samo nagrywanie nie jest aż tak pracochłonne jak montowanie materiału, by wyszło zeń coś ciekawego. Obym w nowym roku szkolnym, gdy szkoła przejmie dużą część mej opieki nad uczęszczającą do szkoły córką, miał więcej czasu na systematyczne blogowanie 🙂

Tutaj jeszcze przypomnę link do mego pierwszego nagrania wideo z wyprawy do Francji na zamek z filmu „Fantomas kontra Scotland Yard”.

Podobno ciekawy filmik mi się udał, a że krótki, to tym bardziej warto obejrzeć 😉

To tyle w tym sierpniowym podsumowującym letnie przygody numerze tytułu prasowego DzikiePola.com. Do zobaczenia i usłyszenia we wrześniu!